Suweren powstaje z kolan

A jednak. Coś w narodzie się dzieje. Na drzwiach jednego z gabinetów lekarskich wywieszono taką oto kartkę:

gabinet

https://wiadomosci.wp.pl/lekarz-nie-chcial-leczyc-pacjentow-z-pis-teraz-w-ogole-nie-przyjmuje-chorych-6210261216196225a
W całym zdarzeniu pojawiło się jednak tyle wątpliwości, że nadal nie wiadomo: kto wywiesił kartkę, czy wisiała ona na drzwiach gabinetu lekarskiego (n.b. prywatnego), czy lekarz został zwolniony, jakie decyzje podjęli przełożeni, itd., itp., … Ale nie o to jednak chodzi.

Zapewne niektórzy Czytelnicy pamiętają majora Frydrycha, szefa „Pomarańczowej Alternatywy”, który w latach 80′ ub.w. napsuł sporo krwi ówczesnej policji politycznej, ośmieszając jednocześnie bezradność najwyższych władz politycznych:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Waldemar_Fydrych
Daleki jestem od twierdzenia, że akcje ośmieszające manipulacje jakich dopuszcza się PiS, mają w obecnych czasach jakiś sens. Jednak skrajne ukazanie tego do jakich absurdów może prowadzić stosowanie t.zw. „klauzuli sumienia” być może skłoni rządzących do przemyślenia swoich bezsensownych decyzji.

Reklamy

Wielka Orkiestra znowu zagrała na nosie oszołomów

W zasadzie obiecywałem sobie nie poruszać tak drażliwego dla naszego „ciemnego luda” tematu ważnej i ciekawej inicjatywy społecznej, dlatego w poście nie padną nazwy, nazwiska, a nawet fakty. Bo przecież i tak wiadomo o co i o kogo chodzi. 😉 No więc zakończyła się kolejna wielka impreza zrzeszająca miliony ludzi (dalekich od „ciemnego luda”) na kilku kontynentach. Zagalopowałem się, te miliony to tylko w Polsce, a setki, może nieraz tysiące to w bardziej zaprzyjaźnionych miejscach na świecie. Akcja pożyteczna i jak na razie wyróżniająca i stawiająca Polskę na niezagrożonym pierwszym miejscu w tego typu przedsięwzięciach.

Niewątpliwie grajkom należy się podium i odegranie hymnu państwowego, ale … publiczne mendia, jak i publiczna władza tego wspólnego domu publicznego zdają się tego nie zauważać. To błąd. Poważny błąd. Jeszcze kilka dni temu naczelnik państwa, potrafiący zapędzić opozycję sejmową w kozi róg, teraz wydaje się być bezbronny wobec setek tysięcy roześmianych i bawiących się młodych ludzi, którym przyświeca ogólny cel niesienia pomocy biednym, starszym i chorym. Tak więc orkiestra grała bez akompaniamentu lewicy, prawicy i każdej innej …icy, puszczała „światełko do nieba” i oko do sympatyków, a inni bezradnie i z zawiścią zaciskali pięści. I dobrze, o taki podział społeczeństwa chodzi.

Nie jestem specjalnym fanem akurat takiej formy pomocy dla instytucji, które są zasilane z funduszy budżetowych – bo wiadomo co by się stało gdyby orkiestra zasilała tylko organizacje prywatne (! 😉 ) – ale nadal pozostaję pod silnym wrażeniem tego co może zrobić kilka osób, które 26 lat temu zdecydowały się na podjęcie działalności społecznej. Nie chodzi tutaj tylko o finansowe skutki (chociaż te kilkaset milionów to nie w kij dmuchał), ale podziw budzi poparcie i tz.w. „odzew społeczny”. Nie wiem jakim cudem głównemu magikowi udaje się utrzymywać na powierzchni, gdy „wszyscy” wokół chcą go zatopić, ale tym bardziej życzę wytrwania i dalszych sukcesów.

Z ostatniej chwili:
https://wiadomosci.onet.pl/kraj/jurek-owsiak-zada-przeprosin-od-patryka-jakiego/lrwx5y7

Z małej chmury duży deszcz, czyli jak opozycja przegrała bez walki projekt liberalizacji ustawy aborcyjnej.

Tematu właściwie nie było. Temat zrobił się sam, gdy sejm głosując wczoraj nad obywatelskim projektem komitetu „Ratujmy Kobiety 2017” – zakładającym liberalizację obowiązujących przepisów w sprawie aborcji – odesłał projekt do kosza. Jak wieść gminna niesie do przepchnięcia projektu, czyli skierowania do komisji sejmowej celem dalszego procedowania, zabrakło … 9 głosów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież PiSowate mają większość w sejmie, i mogą robić co chcą, nawet to czego nie wolno (!), gdyby nie fakt, że od głosowania (prawdopodobnie wyjmując kartę z czytnika) uchyliło się aż 3-krotnie więcej posłów opozycyjnych. No i zawrzało.

Teoretycznie uchylenie się od głosowania poprzez wyjęcie karty do głosowania i udawanie nieobecności powinno być traktowane tak jak ciężkie naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych (czyt. poselskich), ale wiadomo, że poseł to ani człowiek, ani pracownik, ot taka inna, pasożytnicza forma życia. 😉 „Nieobecnym” więc się upiekło, ale przy okazji odstrzelono tych, którzy już i tak za bardzo fikali. Temperaturę wrzenia w opozycji (i upojenia PiSowatych) podniósł spektakularny fakt zagłosowania „za” liberalizacją ustawy aborcyjnej przez kilku posłów PiS, m.in. J. Kaczyńskiego i K. Pawłowicz.

A więc stało się to, co np. dla piłkarza Schetyny jest najbardziej upokarzające, czyli puszczenie piłki między nogami zwane „szmatą”. 😀 Nadprezes zagrał na nosie opozycji, a właściwie tylko Pełowatym i Nowoczesnej, bo jak wiadomo pozostałym niezwykle obrotowym partiom sprawa liberalizacji aborcji wisi jak kilo kitu, a więc mogą głosować „i w tę, i we w tę stronę”. Z małej chmury – bo przecież chodziło tylko o skierowanie, lub nie, ustawy do dalszego procedowania – powstała jednak burza gradowa. Pisowate się śmieją, a opozycja PO i N wycina niezdyscyplinowanych posłów.

Myślę, że warto teraz postawić pytanie: Na czym właściwie polega praca posłów? Uchylanie się od wykonywania podstawowych obowiązków powinno skutkować natychmiastowym odsunięciem od pełnienia funkcji posła i wyciągnięciem konsekwencji w stosunku do przewodniczącego partii. Jak zwykle na plan pierwszy wysuwa się najpoważniejsze pytanie: Czy posłowie powinni w sejmie reprezentować interesy Rzeczypospolitej, swoich wyborców, czy tylko swojej partii? Pytanie retoryczne, zważywszy na co i komu posłowie przysięgają wierność. Ale wiadomo „to jest Polska”, taki dziwny i śmieszny kraj w którym na to podstawowe pytanie nikt nie znajdzie odpowiedzi. 😉

 

Dodatek: 13.01.2018 godz. 03:45

Już po pierwszych komentarzach zorientowałem się, że zadając pytanie związane z obowiązkami poselskimi powinienem przytoczyć chociażby tekst ślubowania składanego przez parlamentarzystów. Oto więc ono:
„Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej.”

Wielka rekonstrukcja (nie)rządu …

Z wielkiej restrukturyzacji, a teraz rekonstrukcji rządu na razie zrobiła się wielka kompromitacja. Wprawdzie nominowano wcześniej „głównego wesołka w państwie” człowieka, który nie mając poparcia u „Carycy Katarzyny” został PiSministrantem, ale to nie załatwia sprawy. Pozostałe ministranty czekają z niepokojem na rozstrzygnięcia w swoich sprawach. Mecz trwa więc nadal, a dogrywka goni dogrywkę, gole strzelają wszyscy, spalonych i fauli nikt już nie liczy. Z boiska zejdą tylko zwycięzcy, trupy z murawy ściągną śmieciarki. To znany scenariusz w polskim bagienku. Zanim więc premier nierządu pojedzie do Brukseli w Polsce karty mają zostać rozdane.

Na niezasłużony odpoczynek odejdą jedni, gabinety zaczną urządzać sobie inni. Wytnie się ludzi, wymieni wystrój pomieszczeń ministrantów. Oczywiście zakupione zostaną nowe limuzyny, rozdane „R-ki”, nawiążą się nowe linie komunikacji biznesu z nierządem, być może jakiemuś ministrantowi wybuduje się luksusową drogę dojazdu do domu, itd., itp., … Te procedury już znamy aż za dobrze. Gdy wreszcie nowi, pozamieniani, lub nawet ci sami ministranci zasiądą na nowych synekurach zacznie się ponownie mozolna nauka rządzenia. Wprawdzie Polska uczyła już Francuzów jedzenia za pomocą widelca i noża, to jednak teraz przed polskim rządem stoją o wiele poważniejsze zadania. Polska będzie rechrystianizowała Europę. Chryste, ratuj!

Wejść, czy nie wejść do Euro? Jak „ciemna luda” to kupi?

Na początek wyjaśnienie. Zwrot „ciemna luda” pojawił się w słynnej wypowiedzi m.in. Jacka Kurskiego, gdy najtęższe „think tanki” PiS debatując nad strategią wyborczą doszły do wniosku, że najskuteczniej będzie oszukać wyborców, bo lud jest ciemny i kupi wszystko. A dlaczego nie ciemny lud, tylko bardziej tajemnicza i ciekawa wersja „ciemna luda” (n.b. autorką jest al Ella goszcząca czasem na tym blogu)? No cóż, znając genealogię zwrotu ciemny lud, autorzy z PiS nie potrafili bliżej wyjaśnić kogo mieli na myśli, a nieco później nawet nie przyznawali się do autorstwa i tak powstała „ciemna luda”. Na razie więc odpuszczamy sobie bardziej szczegółową definicję i wracamy do głównego tematu waluty „Euro”.

Nie będzie chyba zbytnim nadużyciem stwierdzenie, iż zanim doszło do transformacji systemowej, wielkim marzeniem Polaków było wejście do NATO i przekształconej z EWG Unii Europejskiej. W czasach, gdy jeszcze istniały dwa wrogie obozy militarne (NATO i Pakt Warszawski) i nie mniej obce systemy ekonomiczne EWG i RWPG, sporadycznie przebijały się jednak nieco inne projekty nowego podziału Europy, zakładające m.in.: połączenie Niemiec, granicę na Wiśle, oraz t.p. regulacje systemowe. To wtedy, po śmierci trzech kolejnych I Sekretarzy KC KPZR (Breżniewa, Andropowa i Czernienki), ok. 1986 r. pojawiła się także myśl wyłączenia Polski spod hegemonii ZSRR.

Można przyjąć bez pudła, że gdybyśmy po wyborach w 1989 r., ustanawiając III RP – wbrew stanowisku pozostałych państw naszego bloku! – zgłosili akces do NATO I UE, to prawdopodobnie, jako lider przemian politycznych (a wg Wałęsy „obalacz komunizmu”), weszlibyśmy do UE już w 1989 r., a najpóźniej razem z NRD w 1990 r. Stało się jednak inaczej. Prawicowe oszołomy (wspomagane „katolami” i chłopstwem podjudzanym przez PC dowodzone przez Jarosława Kaczyńskiego i Pawlakowo/ Lepperowych kosynierów) zawyły i zaczęły siać defetyzm twierdząc m.in., że po wejściu do Unii krowy przestaną znosić jajka, a kury nie będą dawać mleka. 😉 Do tego jeszcze Unia zrzuci nam stonkę na pola, wytruje dorsze w Bałtyku, pozamyka fabryki i ześle 7 plag egipskich. W ten sposób straciliśmy 14 lat, niezwykle ważnych dla rozwoju UE i III RP.

Jak było tak było, ważne, że to „se ne vrati”. Z lidera przemian politycznych i społeczno gospodarczych ponownie Polska ponownie staje się niechcianym bękartem Europy, którego nawet nie uratuje przyjęcie eurowaluty, czy zdołowanie do piachu POPISdowatych i komuchowatych polityków. Mamy przerąbane i już. Mieliśmy zresztą zawsze przerąbane, tylko nasi wielcy „przywódce”, najczęściej będąc przy wódce, nie zdawali sobie z tego sprawy. Zawsze bowiem – dzięki zacofanym „katolom”, „płaskoziemcom”, itp. pierwszym sortom Polaków 😉 – byliśmy, jesteśmy i będziemy w tyle dziesiątki lat za t.zw. Zachodem. Czy warto w tej sytuacji, „tu i teraz” zajmować się problemem przyjęcia eurowaluty? Pytanie retoryczne.

Świat nadal pędzi do przodu, a my nadal zapierdzielamy za nim „boso i bez ostróg”, które już dawno pogubiliśmy. W ciągu kilku najbliższych lat, gdy nikt nie wie co dalej będzie z unią, pewno warto natychmiast przyjąć opcję bezpiecznej eurowaluty. Bezpiecznej, bo być może rządzący nami nie zdają sobie sprawy, że do wykończenia polskiego złotego (ponoć obecnie najsilniejszej waluty na świecie) wystarczy wrzucić na rynek kilka miliardów dolarów USA i jest już po nas i naszych pieniądzach. Jednak obserwując rozwój gospodarki pieniężnej na świecie, w perspektywie długofalowej przyjęcie eurowaluty to krok wielce spóźniony i bezsensowny. Świat bowiem już od dawna odchodzi od waluty narodowej.

Od połowy lat 60′ ub.w. wprawdzie byliśmy wśród krajów dysponujących wirtualną walutą jaką był rubel transferowy 😀 https://pl.wikipedia.org/wiki/Rubel_transferowy
funkcjonujący na obszarze prawie 2/3 świata, ale „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”. Zamiast wirtualnego rubla mamy obecnie np. wirtualnego bitcoina:
http://forsal.pl/artykuly/1079698,co-to-jest-bitcoin-i-blockchain-jak-kopac-bitcoiny.html?gclid=CjwKCAiAm7LSBRBBEiwAvL1-L8ZFz_OMtWZLrhUEr2s0snUicUw2ZldW_8D478Cw7t7NYUTFbr5YURoC-XAQAvD_BwE

Nie koniec na tym. Od początku obecnego wieku teoretycznie i praktycznie testowane są systemy pieniądza oprocentowanego ujemnie (!?). Do takich rozwiązań skłaniają tendencje kumulowania oszczędności i wieloletnich lokat bankowych, oraz pojawiająca się coraz większa przepaść pomiędzy najbogatszymi i najbiedniejszymi. Skupianie kapitału w rękach kilkudziesięciu osób nieuchronnie prowadzi do zamrażania inwestycji i rozwoju gospodarczego. Ujemne oprocentowanie zmusza natomiast do szybkiego obrotu pieniądzem, który z każdym miesiącem traci na wartości:
http://3obieg.pl/pieniadz-oprocentowany-ujemnie-genialny-pomysl-oczami-psychopaty

Czy pieniądz jako system wymiany handlowej jest niezbędny w erze rozwoju nowoczesnych technologii informatycznych? Już prawie 100 lat temu zauważono (czemu nie zaprzeczał nawet słynny ekonomista M. Keynes), że waluta może przybierać różne formy i może być także zwykłą wymianą barterową:
https://wiernipolsce.wordpress.com/2011/07/24/system-pieniadza-komplementarnego-czy-alternatywa-okresu-przejsciowego/
Ten temat jest doskonale znany Polakom z okresu ostatniej dekady PRL, gdzie pieniądz zamieniany był najczęściej na „twardą walutę”, a towar wymieniano za towar, lub za usługi.

Już kilkadziesiąt lat temu w jednym ze stanów amerykańskich przeprowadzono eksperyment, który udowodnił, że teoretycznie jest możliwe funkcjonowanie gospodarki i wymiany handlowej bez użycia pieniędzy:
http://www.focus.pl/artykul/czy-wiat-bez-pienidzy-jest-moliwy?page=2
Czy zatem warto zastanawiać się nad sensem przystępowania do eurowaluty? Na takie rozważania Polska spóźniła się o kilkanaście lat. W chwili obecnej nie ma innej drogi jak zrealizowanie tego co rząd Donalda Tuska obiecywał zrealizować już w 2012 r. O skutkach i tak dowiemy się znacznie później, co wynika m.in. ze słynnego powiedzenia: „Kto późno przychodzi, sam sobie szkodzi”.

Sąd nad sądem. Po czyjej stronie jest sprawiedliwość?

Powoli, powoli i się wszystko … Totalny rozkład państwa idzie jak po – n.b. wciąż drożejącym – maśle. PiS jak zwykle, bez konsultacji, przeforsowało kontrowersyjny – bo niezwykle trudny do rozwiązania – pomysł przydzielania sędziom spraw drogą losowania. Pomysł nie jest ani rewelacyjny, ani rewolucyjny, bo stosowany od początków powstania PRL. „Kołowrotek”, tak się nazywał ten system rozdziału wokand, pozwalał na bardziej sprawiedliwy rozdział pracy w sądach, bo utrudniał bonzom PZPR bezpośrednie wpływanie na pracę sędziów. I tu warto zwrócić uwagę na zasadnicze różnice ontologiczne tego systemu.

Otóż w PRL hegemonia PZPR była tak silna, że nawet najwięksi optymiści nie przewidywali żadnych zmian przed 2030 r. Stąd też kariera zawodowa sędziego w PRL była podporządkowana głównie przypodobaniu się tej jednej jedynej partii politycznej. W takiej sytuacji o awansie – oczywiście poza „plecami partyjnymi”, które z racji stanowiska miało ok. 95% sędziów – decydowały także takie zwykłe czynniki jak np.: kwalifikacje, doświadczenie, przebieg pracy zawodowej, umiejętność współpracy z otoczeniem, organizacja pracy podległych zespołów i tp. główne cechy pracownicze. Sędziowie starali się więc wykazać i przypodobać władzy w każdym możliwym obszarze działalności zawodowej, społecznej i politycznej. O podporządkowaniu peerelowskiego stanu sędziowskiego monolitycznej ideologii partyjnej napiszę jednak w kolejnych odcinkach, bo temat to trudny, obfity w niedomówienia i wymagający uporządkowania.

Wracamy więc do „kołowrotka”, czyli losowego przydziału spraw sędziom. Od 1978 r. jako ławnik (a wtedy ławnikowanie było znaczącym wyróżnieniem zawodowym, i wymagało zatwierdzenia różnych organizacji społeczno politycznych, a w końcówce PRL także samorządowych) zauważyłem, że zaufanie do pracy sędziów było tak ogromne, że o łapówkach nie było mowy. Decydowała głównie „przysługa za przysługę”. To wtedy pozbawieni tych „pleców” i możliwości wynaleźli sposób dojścia do procedury losowania sędziów. Po prostu nawiązywano kontakt z rejestratorką spraw, która wprowadzała daną sprawę w takiej chwili, aby znalazła się ona u wybranego sędziego. Ten system przetrwał właściwie do chwili obecnej.

Od 2018 r. obowiązywać będzie komputerowe przydzielanie spraw. Komputer to jednak jeszcze nie człowiek, a więc nie uwzględnia takich elementów pracy sędziego jak m.in: a/ teoretyczne i praktyczne kwalifikacje , b/ obłożenie sprawami, c/ złożoność napływających spraw, c/ rozwijanie się różnych wątków w przebiegu procedowania, d/ absencja sędziego (w tym oddelegowanie, awans), e/ zmiana składu sędziowskiego, itp., itd., … W takich „nieprzewidzianych” przypadkach przewidziano manualną interwencję nadczłowieków, czyli ministranta niesprawiedliwości i jego pomagierów. Mamy już więc „komputerową sprawiedliwość” nadzorowaną przez „nadczłowieków” pierwszego sortu.

Przywołajmy teraz często stawiane i wyświechtane pytanie: Czy chcielibyśmy, aby np. na sali operacyjnej w naszym mózgu zamiast neurochirurga grzebał ortopeda od składania kości? Pewno nie. A, odwracając pytanie: Czy chcielibyśmy, aby naszą złamaną nogę składał jakiś prof. doc. dr hab. specjalizujący się w zakresie neurochirurgii? No może i tak, ale możemy sobie wyobrazić „zadowolenie” tego neurochirurga, któremu komputer przydzielił pacykowanie naszego kulasa gipsem. Tutaj już widać cały absurd sytemu losowego przydzielania spraw. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy można porównywać zawód sędziego i lekarza to odpowiadam: Nie można!

Błędy lekarza może usunąć, nieraz natychmiast, inny lekarz, albo w ostateczności ZUS przydzielając stosowny zasiłek pogrzebowy. 😉 Najczęściej jednak sami potrafimy uniknąć tych błędów, przerywając kurację/poradę, lub udając się do innego lekarza. W ramionach Temidy jesteśmy bezbronni zdani na łaskę lub niełaskę sędziego i całego państwowego aparatu ścigania, dochodzenia i doprowadzania przed oblicze Wysokiego Sądu. I tu znajdujemy odpowiedź na pytanie: O co chodziło w całej tej pozorowanej „zmianie” sposobu przydzielania spraw sędziom? Oczywiście o wydawanie oczekiwanych wyroków sądowych i wzmocnienie aparatu represyjnego państwa! Tylko i tylko o to.

Załóżmy jednak, że „Dobra zmiana” nie miała złych intencji i nową ustawą chciała tylko poprawić sytuację w sądownictwie. Jeżeli tak, to jest to kapitalny przykład ignorancji, bezsilności i nieznajomości praw rządzących strukturami wymiaru sprawiedliwości. Już wiemy (vide przykład wyżej), że neurochirurg z pewnością nie zastąpi gipsiarza, tak jak i gipsiarz nie zastąpi neurochirurga. W zawodzie sędziego jest jednak jeszcze trudniej. Sędzia cywilista orzekający np. w sprawach rodzinnych będzie totalnym analfabetą np. w zakresie finansowych przestępstw zorganizowanych. Także 20 paroletnia karnistka po studiach, wyświęcona na sędzię, i będąca dziewicą, nie sprawdzi się w przypadku rozstrzygania praw rodzicielskich. O innych przypadkach nie wspomnę, bo 50% przegranych podsądnych zawsze ma ugruntowane zdanie na temat niekompetencji sędziów.

Komu więc służą nowe przepisy ustawowe mające rzekomo usprawnić pracę sądów i sędziów? O tym dowiemy się w kolejnych rozprawach sądowych jak i w sprawach kierowanych do ponownego rozpoznania. Już teraz można jednak podejrzewać, że nowych składów sędziowskich nic i nikt nie przekona, że „czarne jest czarne”, a „białe jest białe”. Polak przecież potrafi. 😉

 

Czy już jesteśmy w „dupie u Murzyna”?

A więc stało się! Odszedł, jeszcze w miarę dobry, stary rok 2017 (?! 😀 ). Nie cieszmy się, ten nowy będzie już o wiele gorszy. No, może nie dla wszystkich, a głównie dla „ludzi gorszego sortu”, ale jednak. Oczami wyobraźni widzę więc ciemność. „Ciemność widzę”! I wbrew pozorom nie są to oczy totalnej opozycji, która nadal nie może się pozbierać po otrzymaniu solidnego kopa od suwerena, nie są to też oczy postkomucha, postsolidarucha, mohera, leminga, czy tp. dziwoląga. Wystarczy bowiem popatrzeć i posłuchać rozgorączkowanych uczestników wszelakich sporów społeczno politycznych, aby nabrać przekonania, że być może już jesteśmy tam (vide tytuł) gdzie raczej byśmy się nie spodziewali i na pewno nie chcieli.

Wprawdzie jeszcze możemy myśleć, czytać, rozmawiać i pisać na różne tematy, o ile nie są sprzeczne z oczekiwaniami „Dobrej zmiany”, ale są to juz tylko t.zw. „ostatnie podrygi zdychającej ostrygi”. Nie udał się mezalians polityki z różnymi obszarami i przejawami działalności społecznej. Nie ma bowiem przełożenia pomiędzy protestami społecznymi, a czytelnymi ruchami politycznymi. Padają „Kod’y”, „ORP’y”, i tp. ruchy obywatelskie. Pada także dziennikarstwo obywatelskie, nie wspominając o blogerach babrzących się w polityce. Padają też zwykłe portale handlowe:
Allegro kasuje stare komentarze. Sprawdźcie, ile ocen pozostało na waszych kontach! [WASZYM ZDANIEM]
I na takie padanie nie pomoże nawet protest czarnych parasolek.

W społeczeństwie (jak i po stronie rządzących) brak jest zaufania. Zaufania, które buduje się z trudem i latami, a utracić można jednym niefortunnym podpisem. Notowania PiS wprawdzie idą do góry, ale wiadomo pycha kroczy przed upadkiem … a upadek tym boleśniejszy im koń wyższy. A więc niech rosną słupki poparcia tak szybko i wysoko, jak PiS padnie głęboko. Zanim jednak to się stanie, pora wytłumaczyć przewrotność tytułu niniejszej notki. A więc „dupa” to jest odizolowane miejsce w stanie zatwardzenia, z którego można tylko zostać wydalonym w postaci kału. Murzyn zaś to tylko stopień nasycenia klimatem na odpowiedniej skali.

Po tych apetycznych poświątecznych wtrętach przechodzimy do twardego realu. Polska w oczach świata zewnętrznego, sprawiająca wrażenie pożytecznego idioty rozwalającego struktury Unii Europejskiej, praktycznie znalazła się w totalnym odosobnieniu politycznym i niestety na zadupiu dyplomatycznym. Tracą cierpliwość Amerykanie, na których do tej pory bardzo liczyliśmy. Kolejny prezydent USA (albo jego rzecznicy) zwraca uwagę na konieczność przywrócenia w Polsce państwa prawa i struktur demokratycznych. UE uruchamia procedury nie stosowane dotąd w odniesieniu do żadnego państwa członkowskiego. A tymczasem z „łoryndzia” PADa dowiadujemy się m.in., że: Polska rozwija się szybko i w sposób przemyślany, trwa wzrost gospodarczy, a bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne opiera się na mocnych podstawach.

I w zasadzie by można było przejść nad tym do porządku dziennego – bo nie takie sensacje wygłaszał nasz złotousty mówca – gdyby nie to, że „rzeczywistość skrzeczy”. Trudno mówić o przemyślanym rozwoju, gdy budowane są strzelnice i jednocześnie likwidowane szpitale, pada służba zdrowia, zagrożone są emerytury. Wzrost gospodarczy to wyłącznie zwiększona konsumpcja (takie zjawisko zawsze zwiastowało fale kryzysu) i fatalne ograniczanie inwestycji poparte wycofywaniem się zachodniego kapitału. Bezpieczeństwo wewnętrzne to prawie 800 zatrzymanych i postawionych przed sądem za … udział w demonstracjach ulicznych.

O bezpieczeństwie zewnętrznym lepiej nie mówić i nie pisać, gdy nasze samoloty bojowe nie są w stanie dolecieć do lotniska z uwagi na rzekomy brak paliwa, a helikoptery (których drzwi zamykane są i zabezpieczane sznurkiem) służące do lokalnych przewozów głów państwa, nie nadają się nawet do przewożenia głów kapusty. Można natomiast, a nawet trzeba zastanowić się nad kondycją naszego rządu, który – w opisanych wyżej okolicznościach – za jedno z najważniejszych zadań przyjmuje … rechrystianizowanie Europy. Pozostaje tylko zastosować się do wskazań nieżyjącego już mistrza:

Nur für echte Polen (tylko dla prawdziwych Polaków)? Wolność sumienia.

Było tak: W czerwcu 2016 r. pewien drukarz odmówił wydrukowania reklamy dla fundacji LGBT. Uzasadnił to następująco: „Odmawiam wykonania roll-upu z otrzymanej grafiki. Nie przyczyniamy się do promocji ruchów LGBT naszą pracą”.
Zleceniodawca poczuł się urażony i złożył skargę. Drukarz jednak nadal się zaparł przy swoim. A skoro obie strony doznały zaparcia, nie było wyjścia i sprawa trafiła do sądu. Dalej było już jak zwykle. Jak to stara Pawlakowa („Sami Swoi”) mówiła, że w Polsce „po sprawiedliwość do sądu chadza się z granatem za pazuchą”, obie strony wezwały posiłki i rozpoczął się ciekawy proces, którego finał za kilka lat poznamy w Trybunale Strasburskim. A tymczasem …

Pod koniec 2016 r. było jeszcze tak:
http://lodz.wyborcza.pl/lodz/1,35136,21046604,drukarz-odmowil-zrobienia-reklamy-fundacji-lgbt-jest-proces.html?disableRedirects=true
W czerwcu łódzki Sąd Rejonowy w Łodzi-Widzewie uznał zachowanie pracownika drukarni za wykroczenie. Sąd powołał się na artykuł, zgodnie z którym ten, „kto, zajmując się zawodowo świadczeniem usług (…), umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia świadczenia, do którego jest obowiązany, podlega karze grzywny”. Drukarz dostał karę grzywny w wysokości 200 zł na rzecz skarbu państwa.

Do sprawy włączył się minister Zbigniew Ziobro wydając w lipcu 2016 r. oświadczenie: „Sądy są zobowiązane strzec konstytucyjnej wolności sumienia, a nie ją łamać. Mają stać na straży praw i wolności obywateli, w tym także wolności działalności gospodarczej, a nie narzucać im przymus. Żadne ideologiczne racje nie uzasadniają naruszania tych fundamentalnych zasad”. Rozprawę odroczono do 17 stycznia, w celu przesłuchania pracowników fundacji oraz rzecznika praw obywatelskich Adama Bodnara.

31 marca 2017 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi-Widzewa uznał drukarza za winnego wykroczenia, ale odstąpił od wymierzenia kary. Uzasadniając wyrok, sąd podkreślał, że nie ma wątpliwości, iż doszło do wykroczenia, ponieważ Adam J., który zawodowo zajmował się wykonywaniem usług drukarskich, „umyślnie i bez uzasadnionej przyczyny odmówił wykonania usługi jednej z fundacji LGBT, a był zobowiązany ją wykonać”. (http://www.tvn24.pl)

Obecnie, czyli od września 2017 r. jest tak:
http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-09-19/ziobro-chce-uniewinnienia-drukarza-ktory-odmowil-druku-plakatow-fundacji-lgbt/
Na uwagę zasługują dwie opinie:

1/
Według SO (sąd okręgowy – przyp. autora) obwiniony nie miał prawa do reprezentowania drukarni (nie był jej właścicielem – red.), zatem zasada swobody umów nie pozwalała mu na ingerencję w treść stosunku prawnego z innym podmiotem. SO uznał, że między pracownikiem drukarni i wolontariuszką organizacji LGBT doszło do zawarcia umowy – stało się to za pośrednictwem strony internetowej drukarni, na której znajdują się m.in. napisy „zamów teraz, dostawa gratis”.

2/
Według ministra Ziobro „… SO powinien był również uwzględnić wyrok Trybunału Konstytucyjnego z października 2015 r. Badając, czy swoboda postępowania zgodnie z własnym sumieniem nie została w ustawie o zawodzie lekarza ograniczona w sposób niekonstytucyjny, TK uznał wtedy, że „wolność sumienia, a więc także prawo do sprzeciwu wobec postępowania sprzecznego z sumieniem, stanowią kategorie pierwotne i niezbywalne, które prawo konstytucyjne oraz regulacje międzynarodowe jedynie poręczają, a które muszą być respektowane niezależnie od tego, czy istnieją przepisy ustawowe je potwierdzające… „

No i mamy klasyczny paradoks potwierdzający jakoby, że sumienie mamy różne, a tam, gdzie wkracza polityka, tam ucieka sprawiedliwość. Gdyby przyjąć interpretację (polecenie?!) min. Ziobro, że wolność sumienia obejmuje np. również obszar stosunków pracy, np. zleceniodawca, zleceniobiorca to praktycznie każdy mógłby korzystać z niedookreślonego pojęcia „wolność sumienia”. Bo przecież np. nawet brukarz mógłby odmówić układania kostki brukowej po której może chodzić gej, lesba, albo ktoś o innym kolorze skóry, czy innej narodowości. Do niedawna jeszcze, przed t.zw. „chazanizacją”, podział na osoby świadczące zwykłe usługi dla ludności i tych, którzy z racji wykonywanego zawodu np. leczą, radzą i rozgrzeszają, był wystarczający.

Bo wiadomo, że np. lekarz, ksiądz, prawnik, dziennikarz, itp., są związani przysięgą zobowiązującą ich do utrzymywania wysokich „standardów zawodowych oraz moralno etycznych”, i w związku z tym mogą odmówić wykonania poleceń niezgodnych z ich sumieniem. Mogą, jeżeli nie podpisali np. umowy o pracę, która zawęża ich swobodę działania, powodując, że stają się zwykłymi pracobiorcami świadczącymi usługi dla ludności. Ale czym w takim razie różni się sumienie lekarza od sumienia drukarza? Według ministra Ziobry niczym.

Jest jednak kolejny problem. Otóż min. Ziobro wydając w.wym. opinię powołuje się na art. 32 Konstytucji stanowiący o zasadzie równości obywatela wobec prawa, czyli:
1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
No i właśnie. Wobec prawa wszyscy są równi, ale wg PiS równiejsi są obywatele nie należący do LGBT. Jest więc dyskryminacja, czy jej nie ma?

„Co się stało z naszą”… Polską?

Święta Bożego Narodzenia, a jeszcze bardziej następujące po nich przygotowania do Balu Sylwestrowego, zawsze fascynowały mnie swoim niepowtarzalnym urokiem. Oczywiście inaczej ten okres obchodziłem będąc jeszcze wierzącym i nieco mniej praktykującym katolikiem, i nieco inaczej, gdy wiary nie zmieniłem, ale uznałem, że istnieje coś bardziej potężnego, niewytłumaczalnego, ale jednak mierzalnego i potwierdzanego przez naukę. I tak powoli stałem się agnostykiem. Nie o tym jednak będzie ten post.

Mijające święta – mijające, bo w rzeczywistości dzisiejszy dzień staje się, jak zwykle, trzecim dniem świąt 😉 – należy uznać za wyjątkowo smutne i ponure. Przyczyn, od pogody, po sytuację na świecie, nie trzeba szukać, bo wciskają się wszędzie. Podam jeden przykład: W latach poprzednich, pomimo zakazów strzelania z okazji świąt, kanonady rozbrzmiewały co kilka minut, a pasterka odbywała się w zasadzie przy ciągłym huku odpalanych petard i ogni sztucznych. Także poranek 25 grudnia zawsze był porównywalny z wojną. W tym roku w ciągu trzech dni usłyszałem jeden, powtarzam jeden huk, świadczący o tym, że ktoś chciał w ten sposób uczcić święta.

Nie wnikam w to, czy jest to zmiana pozytywna, czy negatywna, bo mimo różnic politycznych, widać wyraźnie, że nastąpiła zasadnicza zmiana w porównaniu do poprzednich świąt. Nie słyszałem kolęd śpiewanych w domach, w oknach domów zawsze mieniących się oświetlonymi choinkami panowały ciemności, na ulicy zamiast tłumów zdążających z wypchanymi reklamówkami „do lub z” domu na Wigilię, chyłkiem przemykały pojedyncze osoby głównie młode osoby, tramwaje i autobusy woziły powietrze, albo najwyżej 2-3 pasażerów. Jeszcze kilka lat temu osoby wychodzące, albo wchodzące do różnych pomieszczeń (klatka schodowa, winda urząd, itp.) pozdrawiały się wzajemnie, teraz patrzymy na siebie z olbrzymią nieufnością i podejrzliwością.

Za to na drogach, jak zwykle, było tłoczno od spieszących na Wigilię pasażerów w samochodach, równie tłoczno było w miejscach świadczących pomoc społeczną. I tu w zasadzie nic się nie zmieniło, tu jesteśmy „na swoim”, czyli w swoim małym zamkniętym pudełku z blachy lub plastiku ze szklanymi oknami, bo wiadomo „Polak na zagrodzie… ” 😉 😀 Do paskudnej atmosfery w Polskim narodzie każdego sortu, o dziwo, dostosowała się PiSowska telewizja oferując jakościowo znacznie lepsze programy kulturalne. Wiatr w żagle chwyciły też wszelkie prywatne instytucje kulturalno oświatowe. Prym wiodły teatry, oferując premierowe przedstawienia mocno zaprawione improwizacją i polityką.

Cóż takiego więc zaszło w naszej Polsce, że w ciągu kilku ostatnich miesięcy 2015 r. z w miarę normalnego kraju, staliśmy się dziwolągiem i pośmiewiskiem dla całego cywilizowanego świata?! Czy jest to obiegowa opinia jakoby PiS w ostatnich uzyskał tak duże poparcie suwerena, że czując się upoważnionym podjął działania zmierzające do zmiany ustroju państwa bez zmiany konstytucji? Otóż okazuje się, że nie!!! W 2015 r. PiS wygrało wybory do sejmu, ale wyłącznie w wyniku t.zw. „arytmetyki sejmowej” (podział mandatów metodą D’Honta). Jednak w bezpośrednich wyborach na PiS zagłosowało tylko 37,59% wyborców, którzy poszli do urn. Pozostałe 62,41% wyborców nie głosowało na PiS, oddając swoje głosy na inne partie.

Przekładając to na konkretne liczby mandat jaki rzekomo PiS otrzymał od „suwerena” wygląda niezwykle mizernie. W 2007 r. PiS oddając władzę posiadał 5.193.477 głosów wyborców, odzyskując tę władzę ponownie w 2015 r zwiększył swój stan „posiadania” do 5.711.687 głosów. A więc przyrost 518.210 głosów spowodował, że PiS poczuło się uprawnionym do zmiany systemu i konstytucji mimo, że takich uprawnień nie posiadało. Dla porównania PO w 2005 r. zdobyło 2.849.259 głosów, ale już w 2007 r. stan ten wzrósł do 6.701.010 (!!!). PO, mimo utworzenia większości sejmowej i praktycznie posiadania większości konstytucyjnej (z PSL i pętającym się pod nogami SLD) nigdy nie uznało się za wykonawcę woli ludu.

A więc „Polcy i Polaki” ! 😉 Obudźcie się! Nie może być tak, aby garstka oszołomów, licząca nieco ponad 18% uprawnionych wyborców meblowała dom – jakim jest Polska – pozostałej ponad 81% większości tych, którzy nie głosowali na PiS, bo np. głosowali na inne partie, albo w ogóle nie poszli do urn uznając, że „dobrze jest jak było”. 😀 Prośba tylko, aby po obudzeniu się, i wstaniu z łóżka, a może i z kolan, nie głosować na to, aby „było jak było”. POPiSdowate partie postsolidarnościowe powinny zostać wykorzenione raz na zawsze z polskiej sceny politycznej. Dajmy wolną rękę nawet radykalistom z lewej i prawej strony, a dotychczasowych „korytożerców” wyrzućmy na margines polityki. Może jeszcze nie wszystko stracone.

Za destrukcję wymiaru sprawiedliwości Unia nakryła nas jądrami, czyli użyła broni atomowej w postaci art. 7.

Jedna z ikon „Solidarności”, tej „S” z lat 1980-1981, wielokrotnie, a może i bezmyślnie, powtarza mocno wyświechtany argument, iż wola ludu jest ważniejsza od prawa, które tym ludem rządzi. To prawda, ale nie do końca. Wszystkie znane nam, chociażby sprzed 2-3 wieków, przypadki dojścia do władzy woli ludu skutkowały zmianą systemu, i ustroju państwa, oraz przede wszystkim radykalną restrukturyzacją wymiaru sprawiedliwości. Tak działo się podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej z lat 1789–1799, Rewolucji Październikowej w Rosji z 1917 r., oraz dojścia do władzy Hitlera. To przypadki skrajnie negatywne, w wyniku których zrodziły się m.in. zbrodnie wojenne i ludobójstwo.

Nie wszystkie zmiany w prawie skutkowały tak drastycznymi przemianami w sferze społeczno politycznej jakie opisałem wyżej. Na naszej europejskiej scenie politycznej na ogół wystarczy, aby jakaś partia zdobyła t.zw. „większość konstytucyjną” i już może dokonywać takich zmian, jakie obecnie bezprawnie dokonuje PiS. To warto powtórzyć: Każda opcja polityczna zdobywając większość konstytucyjną (co zdarza się rzadko, albo i nigdy) może zmieniać nawet konstytucję. Może, ale nie musi. PiS jednak musi, musi bo się udusi. Moherowcy, czarno sukienkowi, postsolidaruchy, czy jak ich tam zwał, muszą odbić sobie to co utracili przez tyle lat będąc odciętymi od koryta. A więc odbijają, nawet nie mając do tego żadnych formalnych uprawnień.

Jak wiadomo także każda ideologia też musi, bo się udusi, znaleźć sobie jakieś w miarę przystawalne argumenty dla rozwijania swojej działalności, szczególnie w zakresie powoływania i odwoływania sędziów. A więc PiS także „cuś” takiego sobie wynalazł. Otóż w wypowiedziach PiSowskich politykierów trudno nie znaleźć nagminnie wpajanych przekaziorów typu „a w Ameryce biją murzynów”, czyli sędziów powołuje prezydent USA. Podobnie dzieje się też np. w: Niemczech, Austrii, Danii, Hiszpanii , Holandii, czy Szwecji, gdzie sędziów także powołuje parlament, prezydent, albo inne wyznaczone gremia, To też prawda, ale też nie do końca.

Był sobie bowiem taki jeden elektryk od ładowania wózków akumulatorowych, który wymyślił – a trzeba przyznać, że myślenie, chociaż było jego ulubioną czynnością, to przynosiło wręcz opłakane skutki dla państwa – że jak może powoływać, mianować, i nadawać ordery, to „to” działa również w drugą stronę. Otóż to tak nie działa, bo wprawdzie można „falandyzując prawo” odwołać jakiegoś tam szefa KRRiTV, ale trafiając na chama, trzeba się poddać. Musiał to przyznać nawet prezydent USA, który faktycznie powołuje najwyższych sędziów w państwie, ale „na odwyrtkę” prezydenta USA może odwołać jakiś pośledni sędzia z Hawajów, który nie tylko nie uzna dekretu prezydenckiego, ale stawiając go w stan oskarżenia może spowodować usunięcie z urzędu.

Proszę sobie teraz wyobrazić różnice do jakich doprowadza PiS podnosząc rękę na sprawiedliwość. W USA (a więc i w niektórych europejskich krajach stosujących prawo anglosaskie) prezydenta może odwołać „byle jaki” sędzia, w Polsce natomiast sędziego odwołuje „byle jaki” ministrant niesprawiedliwości, wysyłając np. SMS, lub faks. Oto filozofia i zarazem ideologia godna „ciemnego luda”. Jak zatem, w kontekście powyższych rozważań, należy ocenić uruchomienie tytułowego art. 7? Jest to ze wszech miar słuszna decyzja, ale … spóźniona dokładnie o dwa lata!!! UE powinna zdawać sobie sprawę z tego, że ponosić będzie olbrzymią odpowiedzialność za brak reakcji na pierwsze niekonstytucyjne działania prezydenta i rządu RP, które doprowadziły do obecnej sytuacji.

Nie przestaje zadziwiać to, że w.wym osobom, które dopuściły się łamania konstytucji, nie wydano zakazu wstępu do UE i nadal przyjmowano je z nienależnymi honorami. Pozwolono na to, aby podejrzani o przestępstwo konstytucyjne zasiadali w parlamencie UE, zabierali głos i podejmowali wspólne decyzje. To nie napawa zaufaniem do struktur organizacyjnych UE, bo warto sobie przypomnieć, że „Zielonym ludzikom z Marsa” zaanektowanie Krymu zabrało kilkanaście godzin czyli, tyle ile potrzeba na wjechanie i zajęcie stosownych urzędów, a UE baruje się z zamachem konstytucyjnym przez ponad dwa lata, nadal mając nadzieję na poprawę sytuacji. No cóż, nadzieja nadal ma wiele matek …