Nie chcem, ale muszem, bo się uduszę. Protest niepełnosprawnych

Nie miałem zamiaru włączać się do dyskusji n.t. niepełnosprawnych, bo wiem, że przy obecnej władzy POPISdowatych lepiej sobie strzelić baranka w ścianę. Gdy jednak usłyszałem, że pojawił się ktoś, kto słusznie zwraca uwagę, że protestujących straż marszałkowska powinna usunąć z sejmu i przekazać policji nie wytrzymałem. Patrzę na autora tej wypowiedzi:
http://shareinfo.pl/posel-pieta-z-pis-domaga-sie-wyniesienia-z-sejmu-protestujacych-niepelnosprawnych-i-oddanie-ich-w-rece-policji/
porównuję jego inne zdjęcia, i zauważam, że na czółku nieskażonym myślą ma bruzdę czołową. Ale poślina ma już sporo lat, więc wygląda na to, że nie powstał z in vitro, ale raczej robiono go palcem.

Mam nadzieję, że ta poślina nie dokończyła swojej odkrywczej myśli, bo oczywiście protestujących powinno się – chociażby dla dobra naszego wizerunku w świecie – jak najszybciej usunąć z sejmu. Ale zaraz potem powinny przyjechać śmieciarki i wyczyścić do cna ławy sejmowe. Po odszczurzaniu, deratyzacji i dezynsekcji, użytkowników tych ław powinno się przewieźć w odosobnione miejsce i tam zutylizować ich, zgodnie ze wszelkimi zasadami gwarantującymi nie rozprzestrzenianie się wyjątkowo zakaźnej zarazy. Nie wykluczam, że w ostateczności wskazanym by było użycie spalarek do odpadów szpitalnych.

Skąd bierze się taka ocena? No cóż, pierwsze podejrzenia padły w kilka dni po tragicznym wypadku w Smoleńsku, gdy na trumnach jeszcze nie pochowanych ofiar zaczęły się tańce o pomniki, i odszkodowania. Potem była „chazanizacja”, zaostrzanie aborcji, polowania, wycinki, zwierzęta futerkowe … aż do obecnego ujawnionego stosunku do niepełnosprawnych. Wygląda więc na to, że mamy do czynienia z całkowicie zdegenerowaną populacją polityków. Być może nie wszyscy się zakazili, ale prawo kwarantanny i usunięcia jest nieubłagane.

Aby nie było, że nie rozumiem protestujących to wspomnę, że ponad 25 lat temu na Alzheimera zmarła moja mama. Wtedy jeszcze nie znano tej choroby i nie wiedziano jak ją leczyć, ani jak pomagać osobom opiekującym się chorymi. W ciągu 8 lat musiałem zrezygnować z pracy, mieszkania, samochodu. Nie przyjąłem żadnej pomocy, ani finansowej, ani fizycznej (w postaci opiekuna), ale taką jednak mi oferowano. To były lata 1986-1993, i pomimo reformy systemowej istniały takie środki pomocy jak: zasiłki w wys. ok. 2/3 średniej, dodatki opiekuńcze do średniej pensji, oraz fizyczne wsparcie rehabilitantów i ośrodków rehabilitacyjnych.

Teraz zastanawiam się czy faktycznie jako państwo upadliśmy do tak poniżającego poziomu cywilizacyjnego, czy może nieoczekiwanie wzrosła ilość osób niepełnosprawnych oczekujących podstawowej pomocy? Tak, czy owak utylizacja jest nieodzowna.

Reklamy

Młodzi gniewni … wykluczeni?

Wczoraj w Dzierżoniowie miał się odbyć wielki koncert ku czci pewnego małego pana z wąsikiem (ten wąsik, ach ten wąsik :-D) .
https://www.youtube.com/watch?v=zTenLlVcXuQ
Koncertem tym neofaszyści zamierzali zagrać na nosie obecnej opozycji. Stało się jednak inaczej.
https://www.wprost.pl/kraj/10119480/ogromna-akcja-abw-w-dzierzoniowie-rmf-fm-chodzi-o-neofaszystow.html
Waaadza … ta waaadza, zauważyła jednak, że nie da się dłużej akompaniować kibolom pokrzykując znanym hasłem: „Polacy! Nic się nie stało!” Nie da się, bo czasy się zmieniły i jest już za późno, nawet na tak spektakularne akcje ABW. I ta waaadza postanowiła coś zademonstrować i się wykazać.

https://dziennik.walbrzych.pl/pilne-setki-policjantow-i-antyterrorystow-w-dzierzoniowie-wedlug-swiadkow-padly-strzaly/
„… Zabezpieczone przez policję zostały materiały propagujące faszyzm. Najważniejszym osobom z grupy miało się jednak udać uciec. Akcja była planowanym od kilku tygodni wspólnym działaniem ABW i policji (uwaga! tekst oryginalny) …”
Pozornie wydawać by się mogło, że już wszystko jest O.K. waaadza się wykazała, neofaszystom spuszczono wpie*dol, specsłużby mogą odnotować podjętą akcję, a rząd może nawijać makaron na uszy „ciemnej ludzie”, że skutecznie sprzeciwia się akcjom neofaszystów, a nawet narodowców. Niestety to tylko pozory, czyli przysłowiowa „musztarda po obiedzie. Młodzi gniewni poczuli bowiem krew …

Kilka tygodni wcześniej, mieliśmy możliwość obserwować marsz ONR-owców. Ach jak oni ładnie szli! Można powiedzieć nawet, że „czwórkami do nieba szli (oby!)”. I wtedy nasunęło mi się logicznie uzasadnione pierwsze pytanie: Kto spowodował to, że demonstrująca do niedawna hałastra spod znaku j.w., wymachująca bejsbolami i pochodniami, nagle ubrała się w jednakowe mundurki i, tak jak w Chinach, przemaszerowała ulicami stolicy i innych miast? Przecież nawet w PRL nikt nie maszerował tak ładnie. Odpowiedź przyszła prawie natychmiast. Bo bywa tak, że jednym przewraca się w du*ach z dobrobytu, a innym w głowach z braku tego dobrobytu. Czy jest to jakiś reprezentatywny obraz, który na stałe wkracza do panoramy Polski? Policzmy.

Policja to ok. 50 – 70 tys. osób. Żadna z trzech grup neofaszyzujących i naziujących nie przekracza w demonstracjach 20-50 tys. osób. Skrajna lewica (komuniści) to ok. 20 tys. W sumie na ulicach może znaleźć się góra 170-200 tys. skrajnie zmarginalizowanych grup. Gdzieś po środku funkcjonują zupełnie normalni młodzi ludzie, którzy nie mają czasu na takie uliczne fajerwerki, bo pracują po kilkanaście godzin na to, aby spłacać zaciągnięte kredyty, i utrzymać rodzinę, to może być grupa ok. 1,7-2,3 mln. Gdyby do tego dodać grupę ok. 4-6 mln. urzędników, i t.zw. „wypasionych kotów” zarabiających powyżej średniej krajowej to widać, że protestujących na ulicach można czapkami nakryć, a pierdnięciem zabić. Jest jednak problem. Jak starsi pamiętają, a młodzi – na szczęście – jeszcze nie wiedzą, chwytliwe hasła potrafią zdziałać cuda.

W 1980 r. po „gorącym Sierpniu ’80” w ciągu kilku tygodni powstał NSZZ „Solidarność”, a po kilku kolejnych tygodniach stan liczbowy tego związku sięgnął prawie 10 mln. członków. To znacznie większy i szybszy trend niż w przypadku dotychczasowego rekordzisty Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei (NSDAP), partii, która w szczytowym okresie, t.j. w roku 1944 liczyła 8,5 mln członków. Może więc warto, aby zamiast organizowania najazdu ABW na zwykłych uczestników marszu przyjrzeć się: a/ ich organizatorom, b/ urzędnikom wydającym zgodę na marsze i zgromadzenia, c/ prokuratorom i sędziom nie reagującym na czyny przestępcze, d/ najwyższym funkcjonariuszom w państwie „przymykającym oko” na dotychczasowe demonstracje nazistów i neofaszystów.

Gawłowski – miało nie być jak było, ale poseł siedzi w areszcie.

Jakoś mi nie żal posła Gawłowskiego (tak jak kiedyś posła Pęczaka), za którym murem stanęło 130 posłów z jego ferajny. Ci którzy wspinali się na szczyty drabiny społeczno zawodowej wiedzą przecież, że wiedza, kompetencje, oraz inne niezbędne do kierowania umiejętności nie są wystarczającymi cechami do uprawiania wspinaczki. Jak powszechnie wiadomo najszybszą metodą jest „zapisanie” się do odpowiedniej partii politycznej, byle by były to takie partie jak np.: a/ endecy i socjaliści w II RP, b/ pezetpeerowcy w PRL, c/ solidaruchy w okresie przejściowym, oraz d/ komuchy, liberały i konserwa w III RP. Jeszcze szybciej można awansować, gdy poza właściwą przynależnością partyjną jesteśmy „znajomym króliczka”, a już na szczycie tej klasyfikacji są nieformalne związki interpersonalne.

Nie żałuję więc aparatczyka PO i nie mam też specjalnych zastrzeżeń do podstaw prawnych dla których zastosowano areszt, bo obawa mataczenia w tym konkretnym przypadku wydaje się być realnym zagrożeniem dla postępowania dochodzeniowo śledczego. Wiadomo, że do czasu postawienia zarzutów podejrzany nie ma możliwości zapoznania się z dowodami w jego sprawie, a więc nie może wpływać na bieg postępowania. Gdy z zarzutami się zapoznaje, sytuacja radykalnie się zmienia. Wtedy można dotrzeć do każdego świadka i przekonać go odpowiednimi argumentami do zmiany zeznań. To tyle o potencjalnym mataczeniu. Zastosowanie aresztu jednak potwierdza, że prokuratura nie ma t.zw. „twardych”, czyli materialnych dowodów w sprawie, a sprawa przybiera barwy polityczne.

Zastanawia jednak dlaczego doświadczony mecenas prawa (były minister) w ustnych, a może i pisemnych zastrzeżeniach kierowanych do „mendiów”, sądu i prokuratury podnosi kwestie zupełnie nieadekwatne do sytuacji? To prawda, że poseł Gawłowski – 1/ nie zamierzał uciekać przed prawem (nawet sam, z własnej woli, stawiał się do prokuratury), 2/ czyny o które został oskarżony nie są zagrożone wysoką karą więzienia, i 3/ uzyskał poręczenie 130 posłów (a więc teoretycznie ogólnie szanowanych osób) – ale nie są to okoliczności wystarczające do rezygnacji ze stosowania tymczasowego aresztu. Bardziej uzasadnionym byłoby jednak udowodnienie, że prokuratura już od wielu miesięcy dysponowała obecnym, czyli nie zmienionym, materiałem dowodowym, a „odpalenie tematu tu i teraz”, nastąpiło wyłącznie ze znanych przyczyn politycznych.

Nie rajcują mnie też podejrzenia opozycji, że areszt, wykluczający posła PO z udziału w pracach sejmowych, jest próbą wzmocnienia siły PiS poprzez wycinanie posłów PO – taką tezę wysnuł np. red. Żakowski w piątkowym wydaniu TokFM. Jak wiadomo do chwili, gdy po raz pierwszy w areszcie znalazł się poseł SLD, Andrzej P. – będący jednocześnie wojewodą – obowiązywały słuszne przepisy uniemożliwiające pozbawianie praw posła w trakcie jego kadencji.
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-aresztowany-posel-peczak-bardzo-chce-pracowac,nId,157217
W większości cywilizowanych krajów przestrzegano tych praw w całym okresie kadencji podejrzanego. Ale wiadomo z cywilizacją jesteśmy na bakier już od 2005 r. To wtedy, po aferze „Rywinowskich gaci” zaczęła się nagonka na komuchów, zakończona wypichconą i niżej opisaną specustawą pisaną pod aresztowanego posła SLD.

Ustawa, o której mowa wyżej, z dn. 06.01.2005 r. o … wykonywaniu mandatu posła … wprawdzie umożliwiła wykluczenie posła z prac sejmowych, ale nie są te zmiany dostatecznie umotywowane prawnie. I tak:
Art. 5a. Poseł w czasie pozbawienia wolności nie wykonuje praw i obowiązków wynikających z niniejszej ustawy.
Art. 23 p. 10a. W przypadku, o którym mowa w art. 5a, prawa i obowiązki posła … przechodzą na Marszałka Sejmu
Oczywiście wiadomo, że POPISdowate posły nie potrafią poprawnie napisać żadnej ustawy więc i ta została na tyle spieprzona, że nie przeszła głosowania w senacie, potem w ciągu kilku tygodni ją nowelizowano, aż wreszcie okazała się całkowicie nieprzydatna, bo poseł Andrzej P. został skazany, i utracił prawa tymczasowo aresztowanego oraz zainteresowanie „mendiami”.
https://www.bankier.pl/wiadomosc/Mandat-posla-i-senatora-Tak-ale-nie-zza-krat-1241595.html

Jak to wygląda obecnie? Poseł Gawłowski albo zostanie zwolniony i sprawa zostanie zamieciona pod dywan (bo wiadomo, że kradnie cała banda tych co się przewinęli przez parlament, bez względu na wyznanie i przynależność partyjną), albo dostanie wyrok polityczny, co daje ten sam skutek. Najpewniej jednak jego sprawa będzie wśród wielu innych podobnych rozgrywana aż do następnych wyborów parlamentarnych. Wiadomo przecież, że przed ciemnym ludem odgrywany jest show wyłącznie w celu uzyskania poparcia w następnym podejściu do koryta.

Rocznica ważnych wydarzeń w dziejach Polski, czy kolejna zwykła ustawka?

Dziś mamy kolejną 75 rocznicę wydarzeń ważnych dla historii Polski, a może nawet i świata. Rzadko bowiem dzieje się tak, że tysiące osób – których jedyna wina polegała na tym, że byli Żydami – zgromadzonych w jednym miejscu wyłącznie w celu szybkiego zgładzenia, podejmuje bunt i walczy o swoje życie. O powstaniu w getcie warszawskim nie będę się rozpisywał, bo ci co będą chcieli ten dzień uczcić, znają historię, a „białej rasie” ta wiedza jest niepotrzebna, bo i tak z bejsbolami i pochodniami będą czekali na tych pierwszych. A jak zachowa się władza? No cóż, władza przymknie swoje pazerne oczka i kibolskim zwyczajem zakrzyknie: „Polacy nic się nie stało!”

A więc role rozdane. Po jednej stronie będą szli uczestnicy pochodu z żółtymi żonkilami w ręku, albo wpiętymi w klapę, zaś po drugiej stronie pojawią się zastępy „białej rasy” z bejsbolami za pazuchą i pochodniami w ręku. Oczywiście, jak zwykle, dojdzie do zamieszek i aresztowani zostaną obywatele z żonkilami, którymi chcieli zabić obywateli „białej rasy”. Wieczorem zapewne pojawią się ministry od „białej rasy” i rozpłyną się w pochwałach jaki to był piękny dzień, a potem stwierdzą: Szkoda tylko, że tyle tej żółci wylało się na ulice …

Jaka praca, taka płaca … dla pajaca. Ile powinien zarabiać minister?

Jak Polska długa i szeroka wszyscy pasjonujemy się nową zabawką jaką wymyślił sobie pewien szeregowy poseł, który zapragnął ustalać płace dla każdego ciemnego luda w Polsce. Może więc i ja dorzucę swoje „3 grosze”. Dla bywalców w różnych cywilizowanych miejscach świata nie jest zapewne tajemnicą, że w najbogatszych obecnie krajach na świecie i w Europie (oczywiście bogatych z pracy, a nie z prania pieniędzy, nielegalnych lokat bankowych, czy niewolniczej pracy) system płac został ściągnięty z regulacji przyjętych w … „Złotej Epoce Gierka!
Pięknym przykładem na powyższą tezę są systemy płacowe stosowane w państwach skandynawskich. Ten pozorny paradoks – przecież socjalizm nie może być lepszy od kapitalizmu – sprowadza się głównie do wysokości płac.

Otóż w PRL obowiązywał szczegółowy i precyzyjny taryfikator płac umożliwiający zaszeregowanie każdego obywatela PRL – od absolwenta szkoły podstawowej zatrudnionego na stażu, aż do premiera rządu i I Sekretarza PZPR – do odpowiedniej wysokości wynagrodzenia miesięcznego. Taryfikator ustalał t.zw. siatkę płac mieszczącą się w granicach od ok. 510 zł. do ok. 15.000 zł. wypłacanych miesięcznie (uwaga – premie i nagrody, oraz dodatki funkcyjne nie mogły w sumie przekraczać podstawowego wynagrodzenia). Widać więc wyraźnie, że w PRL, jak i obecnie w krajach skandynawskich nie było t.zw. „kominów płacowych”, a płaca maksymalna nie przekraczała wysokości 7-8 średnich płac. Warto zauważyć, że najwyższe zarobki w PRL osiągali kierownicy (dyrektorzy największych kombinatów, jak np. elektrociepłownie, kopalnie), oraz … specjaliści o unikalnych dla gospodarki cechach.

Z powyższych względów płaca np. ministra i alternatywnie np.: elektryka wysokich napięć pracującego na wysokości, koordynatora lotów, neurochirurga, konstruktora, a czasem i zwykłego spawacza, były ze sobą porównywalne, z uwagi na ogrom odpowiedzialności. Każdy z wyżej wymienionych pracowników w PRL musiał się liczyć z tym, że popełnienie rażących błędów zawodowych może spowodować utratę prawa do wykonywania zawodu, a nawet długoletnie więzienie. To dlatego pod koniec epoki Gierka zarobki ok. 50 tys. zł. mogli osiągać zarówno ministrowie, jak i w.wym. niezwykli pracownicy. Nie dziwiło to nikogo, poza t.zw. „jajogłowymi”, że np. hydraulik dorabiający fuchami zarabiał więcej od profesora uczelni, bo to uzasadniał wkład pracy, posiadane praktyczne umiejętności i zakres odpowiedzialności.

Jak widać w obecnych czasach ta podstawowa zasada: jaka praca taka płaca i taka odpowiedzialność została złamana na wszystkich możliwych, a nawet nieprzewidywalnych wcześniej poziomach. To, że każda ekipa rządząca rozdaje wynagrodzenia za nic (niektórzy beneficjenci nawet tego nie zauważają) nikogo już nie dziwi. Z trudem akceptujemy też wysokie nagrody, o ile nie dotyczą one osób zwalnianych z uwagi na brak efektów, małą wydajność, czy wręcz całkowitą nieprzydatność do wykonywanego zawodu. A już całkowicie „rusza nas”, gdy ktoś powołany na wysokie stanowisko, po kilku tygodniach odchodzi, względnie zostaje odwołany, i … otrzymuje wysoką (rekord to 2,3 mln. zł!) wieluset tysięczną odprawę.

Dodatkowym minusem jest totalny brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje. A więc: Ile powinien zarabiać minister? Gdybyśmy mieli gospodarkę np. porównywalną do skandynawskiej, to płaca ministra powinna wynosić ok. 4-5 wielokrotności średniej płacy. Jesteśmy biedniejsi, więc co nam szkodzi dać „na dobry początek” 6-7 wielokrotności średniej. 😉 Ale pozostaje kwestia kwalifikacji. Weźmy przykład ministerstwa sprawiedliwości. Na dobrą sprawę szefem tej instytucji może być prawnik, ekonomista, a nawet absolwent studiów psychospołecznych, pod warunkiem, że przez okres minimum 15-20 lat pracował we wszystkich kluczowych sektorach tego resortu.

A więc mógłby to być np. magister prawa, pod warunkiem, że w międzyczasie był prokuratorem, adwokatem, i sędzią. Powinien też wykazać się stażem lub znajomością zagadnień w: a/ więziennictwie, b/ resocjalizacji młodocianych, c/ procedur dochodzeniowo śledczych, d/ systemów kształcenia kadr, itd. itp. Oczywiście w każdym miejscu powinien wykazywać się osiąganiem wysokich efektów w pracy, które stawały się podstawą jego stałych awansów na drodze kariery zawodowej. Nierealne? To proszę sobie teraz odpowiedzieć dlaczego na stanowiska ministrów (lub tp.) ciągną ludzie bez żadnych kwalifikacji, a uciekają od tych stanowisk wspaniali kandydaci, doskonale znający swój fach i mający bardzo dobrą opinię w miejscu pracy?

Jeżeli na powyższe pytanie uda się nam znaleźć prawidłową odpowiedź, to wyjaśni ona także to, dlaczego z Polski uciekają ci co jeszcze cokolwiek potrafią zrobić, a pozostają nieudacznicy, albo tacy jak np. ja, którym już nie chce się nawet chcieć?

„Złota Epoka Gierka”. Mity i fakty, czy tylko Nowa Historia Polski?

Od czasu przejęcia TVP przez PiS telewizja publiczna przestała dla mnie istnieć. Przez jakiś czas jeszcze oglądałem „Kulturę” i „Historię”, ale po upolitycznieniu i tych programów przerzuciłem się na TV anglojęzyczną, czasem na operującą językiem rosyjskim, i w ostateczności na krajowe kanały komercyjne (nie będę ich reklamował, bo to też dziady). Pomimo tego zdarza mi się t.zw. „Zonk”, gdy przerzucając kanały zatrzymuję się na jakichś znanych „zdradzieckich mordach i kanaliach” i dopiero po czasie z niesmakiem konstatuję, że właśnie oglądałem TVP. W taki sposób niedawno zaliczyłem kilka minut programu w którym „mądre głowy” nawijały telewidzom makaron na uszy opowiadając dyrdymały o epoce Gierka. Niestety brzydząc się niepomiernie przeszukiwaniem nagrań z tego programu przywołam inny:
https://vod.tvp.pl/video/cafe-historia,epoka-gierka,9463080
który zrealizowany został w podobnej narracji.

Co mnie zaskoczyło? Otóż we wszystkich negatywnych ocenach PRL generalny zarzut w stosunku do Gierka to: przeinwestowanie gospodarki i niemożliwość spłacania zaciągniętych długów. Dalej można już nawijać tak jak dość rozsądnie robią to panowie z w przytoczonym wyżej linku. Większość zarzutów, takich jak marnotrawstwo, rozrzutność, nadmierna opiekuńczość państwa (!), itp. jest prawdziwa aż do bólu. Niestety nie ma ani słowa na temat tego co ówczesna opozycja robiła „wsadzając kij w szprychy, i sypiąc piasek do łańcucha” tego PRL-owskiego roweru. A było niestety tak: Pierwsze bardziej masowe strajki (wychodzące poza zakład) pojawiły się już w 1976 r. Od 1978 r. były to już strajki akceptowane, a nawet organizowane przez rządowe związki zawodowe (Centralna Rada Związków Zawodowych). To była dopiero przygrywka.

Prawdziwym rajem dla strajkujących stał się wymarzony okres „Karnawału Solidarności” trwający od września 1980 r. do 13 grudnia 1981 r.
http://sierpien1980.pl/s80/czytelnia/7439,1980-1981-wielki-karnawal-Solidarnosci.html
Nie wiem ile prawdy było w twierdzeniu, że w w.wym okresie nie było ani jednego dnia bez strajku w jakimś zakładzie, spółdzielni, w osiedlowym sklepiku, czy nawet w kiosku „Ruchu”, ale faktem jest, że wtedy każdego dnia budzono się z poczuciem niepewności. A więc: pstrykamy kontakt, i ulga – jest światło! Włączamy radio … chwila niepewności, ale gra. Dalej już bywało rutynowo … gaz jest, ogrzewanie działa, ale mleczarz roznoszący mleko pod drzwi zastrajkował. Zasuwamy do osiedlowego sklepiku, a tu klapa piekarze strajkują i zamiast świeżych bułeczek możemy kupić ciastka, albo wczorajszy chleb.

O „suchym pysku” mijamy naszego nieszczęsnego malucha 126P (bo właśnie nam się skończyła kartkowa benzyna) i dołączamy do oczekujących na przystanku. Po czterdziestu minutach okazuje się, że tramwaje strajkują. Wspólnie z innymi ładujemy się do szczęśliwie złapanej taksówki (przestali strajkować!) i dojeżdżamy do zakładu. A tu normalka – strajk! Wychodzimy z zakładu i jednak niespodzianka – strajk jest okupacyjny i nie można wyjść. Żona dowiaduje się, że strajkują przedszkola i musi wcześniej odebrać nasze dziecko. W sklepie mięsnym mamy zamówione mięso na kartkę, ale sklep ma strajk! Wracamy pieszo do domu i nagle podczas jazdy windą wyłączany jest dla oszczędności prąd. Sąsiedzi próbują dzwonić do pogotowia technicznego, ale telefony są nieczynne, bo strajkują telefonistki.

Zdesperowani pakujemy walizki i wsiadamy do pociągu, aby chociaż na chwilę odpocząć u znajomych na wsi. Niestety, w środku zaśnieżonego pola maszynista zatrzymuje pociąg i oświadcza, że właśnie od tej godziny zaczyna się strajk kolejarzy. Na prośby pasażerów, aby dojechać do najbliższej stacji maszynista wskazuje na pociąg stojący przed nami – informując, że strajkujący przyspawali koła do szyn! Przebijając się przez zaspy „łapiemy” jakiegoś terenowego „dostawczaka” i wracamy do wyziębionego w międzyczasie domu (bo właśnie zastrajkowała elektrociepłownia). Po kilku godzinach ciepło wraca, ale na odwrót wyłączona jest elektryczność, bo akurat jest godzina szczytu.

Zaczynamy pakować walizki, szykując się do ucieczki z miasta. Cudem (j.w.) udaje się dotrzeć na lotnisko i wsiąść do samolotu odlatującego na drugi koniec Polski. Ale tu ostatnia już niespodzianka, po kilkunastu minutach lotu załoga samolotu pakuje się, opuszcza kabinę pilotów, a kapitan informując pasażerów, że właśnie zaczął się ogólnopolski strajk … wysiada z lecącego już samolotu! I w tym momencie budzę się. Tych Czytelników, którzy urodzili się z błogą niewiedzą o tym czym był :Karnawał Solidarności”, informuję, że tylko ostatni wątek z samolotem był moim snem (chociaż podobno ten manewr chciał na żywo powtórzyć jakiś Polak, skutecznie obezwładniony przez obsługę i pasażerów). Pozostałe zdarzenia to prawda, tylko prawda, a nawet …. prawda. Proszę zresztą zapytać emerytów, albo inne osoby mające min. 60+ czy opisane tutaj zdarzenia mogły mieć miejsce.

Niektórzy z zapytanych pewnie dorzucą jeszcze więcej. Bo przecież wygaszano także piece hutnicze (a to się równa zamknięciu hut na zawsze, albo na wiele miesięcy). Strajkowali mundurowi w koszarach, a górnicy pod ziemią. Ci co mogli sabotowali produkcję (ja też potrafiłem naszczać do mleka aktywistom PZPR, a potem solidaruchom), a ci co już nic nie mogli, trzymali kciuki za tych co jeszcze mogli. Proszę sobie teraz odpowiedzieć: Czy w tych warunkach jakiekolwiek, nawet najbogatsze państwo na świecie, mogło utrzymać władzę i dotychczasowy system? Piszę o tym, bo chociaż w wypowiedziach „uczonych głów” (jak np. poniżej)
https://vod.tvp.pl/video/spor-o-historie,zlote-lata-gierka,25655785
Witold Orłowski

nie dostrzegam większych manipulacji, to jednak pominięcie tego masowego protestu społeczeństwa, głównie „pracującego ludu miast i wsi” jest zasadniczym i b. poważnym błędem w ocenie t.zw. „Złotej Epoki Gierka”.

.

Kto podzielił Polskę i Polaków?

Na to pytanie prawdopodobnie nawet osesek leżący w kołysce i nie potrafiący jeszcze mówić bez wahania odpowie:  K  a  c  z  y  ń  s  k  i  ! ! !   I to jest oczywista oczywistość. Ale z odpowiedzią na pytanie: Kto pierwszy zaczął? – będzie już znacznie trudniej. Bo wbrew pozorom to nie politycy zaczęli dzielić naród. Nie pamiętam skąd pochodziło słynne hasło: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści!” … kojarzę to jednak – tak jak autorzy tej strony:
https://zapytaj.onet.pl/Category/002,019/2,4091952,quotA_na_drzewach_zamiast_lisci_beda_wisiec_komunisciquot__.html
z okresem t.zw. „Karnawału Solidarności”. To zresztą nie jest tylko mój pogląd, bo pamiętam, że już po kilku tygodniach od podpisania słynnego porozumienia w Stoczni Gdańskiej, takie hasła można było usłyszeć w środkach masowej komunikacji, w zakładach, na ulicach, itp. publicznych miejscach.

Na szczęście wtedy jeszcze nie wieszano tylko wożono na taczkach nie lubianych kierowników. Kierowników wożono zresztą w obie strony, czyli hucznie wywożono ich z zakładu, a gdy zakład padał to cichcem i w limuzynach przywożono ich z powrotem. Nie pamiętam też, kto pierwszy z polityków w pierwszym częściowo wolnym parlamencie zaczął dzielić Polaków. Intuicja podpowiada, że musiały to być te opcje polityczne, które nie miały większego poparcia i nie potrafiły przedstawić rozsądnych programów politycznych, a ich ambicje polityczne przerastały realne możliwości. Typowałbym więc na … Kaczyńskiego, który już wtedy był po wyprowadzeniu swoich ludzi w pierwszej kolejności z ROAD, a potem z ZChN. To wówczas powstało słynne „Porozumienie Obywatelskie Centrum” https://pl.wikipedia.org/wiki/Porozumienie_Obywatelskie_Centrum

Nazwę ugrupowania szybko zmieniono – bo kojarzyło się z wulgarnym żydowskim określeniem penisa – i tak POC (ten poc) J. Kaczyńskiego przyjął nazwę Porozumienia Centrum. PC, funkcjonujące w obrębie zwycięskiej AWS także nie utrzymało się długo, bo tym razem Lech Kaczyński wyprowadził z AWS niezadowolonych ludzi i wspólnie z bratem utworzyli PiS. Nie trzeba chyba dodawać, że wszystkim przebarwieniom politycznym, jakie z lubością dokonywali bracia Kaczyńscy, towarzyszyły podziały wzdłuż, wszerz, i na ukos. To wtedy po raz pierwszy został użyty zwrot TKM (Teraz Kurwa My):
https://pl.wikipedia.org/wiki/TKM
Myślę, że już w tym momencie – dla wszystkich pałających niechęcią do Kaczyńskiego – można zgodzić się z oseskiem krzyczącym z kołyski, że głównym dzielącym, choć jeszcze nie rządzącym jest Kaczyński. Ale, czy to jest jedyna prawda?

Aby nośne hasła i bon moty mogły wybrzmieć w pełnej krasie stosowano je głównie do rządzących opcji politycznych. Nie da się ukryć, że takimi opcjami były siły stojące głownie za J. Kaczyńskim i L. Millerem. To dlatego na wieki wieków do obu b. premierów przylgnęły nieprawdziwe zwroty wyjęte z szerszych kontekstów. Wiemy już komu przypisywać „gruszki na wierzbie” i „eksperyment”. Ale czy ktoś się zastanawiał nad tym, że oba te zwroty zostały w 100% zmanipulowane? Miller nigdy nie obiecywał „gruszek na wierzbie” tylko – w szczególnej sytuacji, gdy przed wyborami jego akcje przekraczały 42%, a dziennikarze twierdzili, że jest to tylko wynik obiecywania gruszek na wierzbie – zapytany przez dziennikarzy co zrobi po uzyskaniu większości sejmowej, odpowiedział, że jak wygra w takim stosunku to obiecane gruszki na wierzbie zrealizuje. Jak wiadomo gruszkami na wierzbie nazywano wówczas programy mieszkaniowe i socjalne SLD. Oczywiście potem wielokrotnie strofowano dziennikarzy cytując kontekst wypowiedzi, ale wiadomo jak się kogoś długo obrzuca błotem ze wszystkich stron to wreszcie coś przylgnie. I przylgnęło.

Podobnie było z „eksperymentem” w wykonaniu J. Kaczyńskiego. Wiadomo, że Kaczyński eksperymentem nazwał nie nowego ministra Czaputowicza, ale innowacyjną procedurę powołania członka rządu spoza twardej opcji politycznej. Pomimo tej, bardzo dobrej decyzji personalnej, powołującej wieloletniego pracownika służb dyplomatycznych J, Kaczyński i jego „eksperyment” na trwale przechodzi do udanych manipulacji mendialnych. To dzielenie można zapisać na karb zarówno mendiów publicznych, jak i komercyjnych, bo przyłożono nielubianym premierom. Trudno natomiast znaleźć winowajców popularnych obelg wyrzucanych bezładnie w przestrzeń, takich jak: komuchy, solidaruchy, mohery, lemingi, pachołki, zdrajcy, a nawet zdradzieckie mordy i kanalie – bo to już faktycznie rynsztokowy poziom.

Wojenka w Smoleńsku

Miało być poważnie jak przystało na rodzaj półnarodowej żałoby. Miało być, ale nie wyszło, bo jak widać przed pomnikami i grobami zmarłych odbyła się farsa. „Przez osiem ostatnich lat …” nie znałem prostej odpowiedzi na pytanie: W jakim celu, i na jakich warunkach, delegacja polska pod wodzą prezydenta L. Kaczyńskiego udała się do Katynia? I nagle dzisiaj, gdy podczas uroczystości żałobnych w Krakowie, odegrana została na trąbce stara piosenka żołnierska „Jak to na wojence ładnie”
https://www.youtube.com/watch?v=v257Jh_rUF4
zrozumiałem, że nasz prezydent poleciał samolotem na wojenkę z Rosją. Z pewnością dlatego prezydent zapakował do samolotu całe najwyższe dowództwo sił zbrojnych RP, łącznie ze sztabem generalnym … bo jak wojenka to wojenka.

Wstrząśnięty, ale nie zmieszany tym odkryciem, spróbowałem sobie przypomnieć jaki charakter miała wyprawa prezydenta do Katynia w pamiętnym kwietniu 2010 r. A więc:
1/ Oficjalne uroczystości rocznicowe odbyły się kilka dni wcześniej, t.j. 7 kwietnia 20110 r., gdy na zaproszenie premiera Rosji do Katynia przybył premier Polski. Jak pamiętamy poza udziałem w uroczystościach premierzy podpisali kilka umów międzynarodowych.
2/ Prezydent L. Kaczyński nie otrzymał zaproszenia ani od prezydenta Rosji, ani od premiera, ani nawet od centralnych władz rosyjskich. Nie został też upoważniony do reprezentowania polityki polskiej. Aby umożliwić odprawę paszportową (czyli wpuścić delegację polską na obszar cmentarza), wymagane zaproszenie wystawił … burmistrz Smoleńska.

Według władz rosyjskich polska delegacja z głową państwa na pokładzie nie miała nawet statusu zwykłej wycieczki. Nie był to też lot wojskowy. Oczywiście strona polska – ale tylko ta PiSowska – uważa, że było dokładnie odwrotnie. Nie wiadomo więc dlaczego (a właściwie wiadomo, bo „Kasa Misiu, kasa!”) wbrew oczywistym faktom żałobie przez wszystkie 8 lat nadawano status delegacji służbowej, a prezydenta uznano za poległego w służbie narodu. Przypomnijmy: Politykę zagraniczną RP reprezentuje wspólnie prezydent z premierem RP. To mniej więcej oznacza, że to co się uchwali w odpowiednich strukturach władzy ustawodawczej i wykonawczej jest obowiązujące i dla prezydenta i dla premiera.

Ech, gdyby Putin wiedział, że na wojenkę przylatuje niezwykle wojowniczy prezydent Polski to pewnie by nakazał zestrzelić wrogi samolot. Ale nie wiedział …

Prezydent zawetował ustawę o degradacji generałów

Kilka miesięcy temu pisałem jak Papież Stefan VI kazał wykopać z grobu rozkładające się ciało swego zmarłego poprzednika Formozusa i postawić go przed sądem:
http://www.fakt.pl/wydarzenia/swiat/papiez-stefan-vi-kazal-wykopac-z-grobu-swego-zmarlego-poprzednika/mfpjdz8
Dlatego po „Dojnej zmianie”, która nawet po trupach gen. Jaruzelskiego i gen. Kiszczaka, będzie dążyła do utrzymania władzy i bezkarności spodziewałem się wszystkiego najgorszego. Zakładałem nawet, że – podobnie jak w.wym. papież – generałowie zostaną wykopani, sprofanowani, i przede wszystkim odarci z generalskich epoletów. Zemsta na rodzinie, a nawet na znajomych z ulicy, i biegających tam psach wydawała się już zwykłą „normalką”. A tym czasem życie w PiS-ie niesie nowe niespodzianki.

Oto bowiem PAD wziął i zawetował ustawę degradacyjną!
https://dorzeczy.pl/kraj/60306/Pierwsze-komentarze-do-weta-prezydenta-W-internecie-zawrzalo.html
Cieszy się więc jedna ciemna luda i smuci druga ciemna luda, obie snują wiele domysłów na temat stanu obecnego, nie pomne tego, że w zawetowanej ustawie można np. zmienić przecinek i ustawę ponownie przegłosować i „podpis dać” prezydenckim długopisem. Tym razem jednak będzie inaczej. Okazało się, że – jak zwykle – PiS-iory nie przewidziały skutków spłodzonej przez siebie ustawy, która gdyby weszła w życie, to by dała po d… także PRL-owskim generałom już oswojonym i zakorzenionym w PiS-ie. A to jest przecież niewybaczalny błąd! UB-ek, czy SB-ek w PiS-ie jest już przecież rozgrzeszonym innym komuchem niż komuch „zwykły”, nawet jeżeli już leży w grobie. Jak pomyślano tak i zrobiono. Ustawa została zawetowana, a PiSiory główkują nad zmianą.

Wprawdzie można było ustawę skierować do TK, ale przecież PAD już za niecałe 3 lata przystąpi do najważniejszego dla siebie egzaminu życiowego jakim będzie walka o reelekcję, i chociaż z ogromnym uporem zapewnia, że ciągle się uczy, i uczy to szanse ma raczej marne:

Na razie jednak prezydent i jego kamaryla kombinuje jak by tu opozycyjnych komuchów ukarać, a swoich przy okazji nie skrzywdzić. I tak oto pojawia się wielce humorystyczna wersja uzasadnienia. Z ustawy wypichconej przez PiS wynikało, że zdegradowani zostaną m.in. członkowie WRON (Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego), a więc także ówczesny mjr Hermaszewski, pierwszy kosmonauta Polski. No i jest problem.

PiS-owate więc pomyślało i wymyśliło, że Gen. Jaruzelski to był zły człowiek, bo obcy, a major Hermaszewski odwrotnie, bo już oswojony. Jednemu więc się zabierze, a drugiemu zostawi. Z taką interpretacją można się zgodzić, bo przecież wiadomo, że nie da się porównać męża stanu uznawanego na całym świecie z zupełnie nieznanym w polityce pasażerem statku kosmicznego. Abstrahując od tego, że w kosmiczną podróż wcześniej wysyłano nawet małpy, trzeba przyznać, że porównywanie tych dwóch osób wygląda tak jak by ktoś krzesło elektryczne porównywał z klozetem. Mjr Hermaszewski to jeden z niewielu żołnierzy LWP, który niczym specjalnie, poza byciem członkiem WRON, się nie zhańbił, ale i też, poza byciem w krótkim okresie czasowym małpką, specjalnie się nie wyróżnił. Teraz okazuje się, że stawianie rozgrzeszonego bohatera Hermaszewskiego obok „zdrajcy” Gen. Jaruzelskiego, n.b. Prezydenta III RP, przynosi ujmę … kosmicznej małpce.  😀 😀 😀

No cóż, polityka to wielka pani, ale … dla ciemnego luda. A więc krótka powtórka z lekcji historii. Stan wojenny został wprowadzony po wcześniejszych uzgodnieniach ze wszystkimi najważniejszymi mocarstwami na świecie. Mocarstwa te – USA, W. Brytania, Niemcy, Francja, Izrael, oraz Watykan – wyraziły zgodę, pod warunkiem, że stan wojenny nie doprowadzi do rozlewu krwi (zakładano granicę ok. 50 ofiar śmiertelnych). Jak wiemy zginęło 11 osób cywilnych (w tym górnicy z kop. „Wujek”) i ok. 18 żołnierzy LWP. Za sprawne wprowadzenie stanu wojennego w Polsce Gen. Jaruzelski odebrał pochwały od wszystkich wym. wyżej przywódców państw Zachodu. ZSRR zachował wstrzemięźliwość. Sejm Polski w uznaniu zasług Gen. Jaruzelskiego wystąpił z ustawą o nadaniu generałowi tytułu Marszałka Polski. Dzięki wrodzonej skromności generała ustawa ta nie została zrealizowana.
http://nowahistoria.interia.pl/kartka-z-kalendarza/news-6-maja-1985-r-jaruzelski-odmawia-przyjecia-stopnia-marszalka,nId,2389683
Jak widać więc kwestia oceny działalności Generała Jaruzelskiego to kwestia czysto polityczna.

„Terakurwamy”, czyli ustawa o kwalifikacjach

Jak zwykle, gdy opozycja wykłócała się ze sobą, czy „ciemną marcową nocą, gdy koty się wszędzie kocą” PiS znowu nie wypichci jakiejś ustawy nadającej się do dźgania i drażnienia ciemnego luda, PAD uruchomił swój „wszystko podpisujący” długopis i podpisał nowe wymagania dla członków rad nadzorczych. Nowe wymagania nie wymagają już niczego poza przynależnością do „TKM”. To, że członki owe, szykowane do rad nadzorczych, „nie będą musiały m.in. posiadać wyższego wykształcenia czy zdać egzaminu na kandydata na członka rady nadzorczej„.:
https://businessinsider.com.pl/wiadomosci/nowe-wymagania-do-rad-nadzorczych-panstwowych-spolek/2ebjer9
nikogo już nie dziwi, bo przecież wiadomo, że nieudacznikom kwalifikacje nie są potrzebne, aby spieprzyć coś czego do tej pory jeszcze nikt nie spieprzył.

Zadziwia natomiast brak wyobraźni i odpowiedzialności, bowiem do powołania nowego członka do Rady Nadzorczej nie będzie już potrzebna „… pozytywna opinia Rady do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa i państwowych osób prawnych …”. To jeszcze można zrozumieć w kategoriach „terakurwamy” – bo przecież nie będzie nam, pisowatym, pełowaty szczał do mleka, albo tylko sprawdzał jakie to mleko jest. Niczym rozsądnym nie da się jednak uzasadnić zmiany polegającej na tym, że: „… wobec osób wybranych przez pracowników do organu nadzorczego nie będzie obowiązywał zakaz pozostawania w stosunku pracy czy świadczenia usług na podstawie innego stosunku prawnego odnośnie spółki, w której mają być one powołane do rady nadzorczej oraz jej spółek zależnych …”
Tu chodzi tylko o sprawne i szybkie wydojenie z budżetu tego co się da i zdąży się wydoić, zanim inni się zorientują.

Jeżeli ktokolwiek miał jeszcze nadzieję, że ustawa poprawi coś w zarządzaniu spółkami skarbu państwa, to się pomylił. Do tej pory było tak, że związkowiec – z oczywistych względów – nie mógł zasiadać w radzie nadzorczej. Teraz przyjęto, że: „… pełnienie funkcji z wyboru w zakładowej organizacji związkowej nie stanowi wykonywania zajęć uniemożliwiających bycie członkiem rady nadzorczej spółki …”. A więc szczęśliwy związkowiec będzie mógł brać kasę „związkową” i budżetową. Obowiązkami takiego, „reprezentanta” zarówno pracodawców, jak i pracobiorców, a szczególnie jego zakresem odpowiedzialności, nikt na razie się nie przejmuje, bo wiadomo „partia rządzi, partia sądzi”.

Na koniec coś pocieszającego. Otóż w czasach niesłusznego, ale jakże fajnego systemu, aktywiści PZPR przewidując swój upadek zaczęli wycofywać się na „z góry upatrzone pozycje”. Tymi pozycjami do przeczekania były najczęściej kierownicze stanowiska w kluczowych instytucjach i urzędach państwowych takich jak: banki, ZUS-y, PZU, itp. (niektórzy nadal tam przeczekują w takich związkach jak np. PZPN!). Wtedy, czyli pod koniec „Złotej Epoki Gierka”, również pominięto surowe kryteria wyłaniania i powoływania kandydatów. Nikt jednak nie rezygnował z wymogu posiadania wyższego wykształcenia, opinii rad pracowniczych, samorządów, i organizacji związkowych.

Masowo też zaczęto rozdzielać inne „konfitury” trzymane w spiżarniach. Sypnęły się więc wysokie, t.zw. „chlebowe” odznaczenia i ordery przyznawane nawet niespełna 30 letnim wybrańcom (n.b. też się załapałem na srebrny krzyż zasługi), awanse poziome i pionowe, przeszeregowywania do najwyższych stawek płacowych. Także, kto mógł ten się uwłaszczał (ja też) w słynnym systemie „stare powojenne rudery za symboliczną złotówkę”. Również kredyty i przydziały na samochód, czy miejsce na budowę „bliźniaków” (takie wille szeregowe) popłynęły szeroką strugą nie do „ludu pracującego miast i wsi”, ale do tych, którzy ich wyzyskiwali.

A co w tym pocieszającego? No chyba tylko to, że w chwilę potem cały system socrealizmu pierdyknął z takim impetem, że nikt nie musiał go już rozwalać. Jak widać historia jeszcze nikogo nie nauczyła, bo śladami wypaczonego socrealizmu biegnie „Dojna zmiana” i krzyczy, że to właśnie ona rozwali to co już dawno się samo rozwaliło. Nic tylko trzymać kciuki, aby pisowaci dotrwali tak do nieszlachetnego końca.