O stażach i stażystach

Powinienem pisać o: Pegasusie, inflacji, podwyżkach cen, toczących się rozmowach USA – Rosja, pandemii rozkręcanej przez PiS, żrącej się opozycji i koalicji, katastrofie klimatycznej, przekrętach w energetyce (gaz, paliwa, prąd), rządowych skandalach, pewnej kur(w)atorce, aferach pospiesznie wygrzebywanych z pisowskich szuflad, itd., itp., … jednak, z wiadomych względów, nie chce mi się szczekać na zawołanie i mam to tam, gdzie światło nie dochodzi. Zainteresował mnie natomiast lament związkowców służby zdrowia, którzy ubolewali nad tym, że lekarze stażyści za swoją pracę dostają średnio 2.200-2.400 zł. netto. Zanurzmy się zatem w otchłanie pierwszych moich kroków na rynku pracy, czyli w okolice 1969-1970 r. Staż to na ogół umowny okres próbny zawierany pomiędzy pracobiorcą i pracodawcą, wyrażany myślami: „ty popracujesz i zobaczysz jak się w tym widzisz, a ja zobaczę co potrafisz”. Tutaj warto wyjaśnić, że moje wywody zostaną ułożone chronologicznie tak, aby łatwiej dostrzec sedno sprawy.

Pierwszy” staż dopadł mnie, gdy finansowo nie dawałem rady na dziennych studiach w oddaleniu od domu. Złożyło się na to wiele okoliczności, m.in.: choroby rodziców i moja wrodzona niechęć do upierdliwej pracy i nauki. W 1970 r. rozpocząłem więc pracę w okresie dziekańskiego rocznego urlopu. Staż pracy w biurze, gdzie wcześniej pracowałem w czasie wakacji, miał trwać okrągły rok. Dostałem umowę i 32 kartkowy zeszyt w którym zapisywano wydawane mi zlecenia i oceny ze strony przełożonych, a także interesantów. Już po 2-3 miesiącach całkowicie przyswoiłem technikę pracy (śmigałem jak błyskawica zarówno po piwo dla szefa 😉 , jak i na maszynach piszących, liczących i udających pierwsze komputery). Bez problemu ogarnąłem też obowiązujący zakres wiedzy z prawa cywilnego i administracyjnego.

Gdy zacząłem się rozglądać za nową pracą (w PRL była to najszybsza droga do awansu zawodowego i płacowego) urząd postanowił wyjątkowo skrócić mi staż pracy i dać angaż na nowych korzystniejszych warunkach. Dostałem awans i podwyżkę i zaraz potem ofertę od innego pracodawcy. Formalnie zatrudniono mnie na stanowisku starszego referenta, a nieformalnie zlecono pomoc w obsługiwaniu interfejsów lokalnego komputera (Odra 1301) zlokalizowanego na dwóch wydzielonych piętrach biurowca. I tutaj ponownie zostałem stażystą, który miał pokazać co potrafi, a przełożeni mieli ocenić moją przydatność. Wyszło średnio, co zostało potwierdzone nieformalną opinią (zdolny, ale bezpartyjny i leń). Mając już dosyć przekładania taśm magnetycznych i perforowanych na których zapisywano dane – bo jeden błąd czasem niweczył wielogodzinną pracę – zostałem skuszony propozycją podjęcia pracy w gopodarce za prawie dwukrotną płacę,

Na nowym miejscu pracy ponownie zostałem stażystą z umową na stanowisku samodzielnego ( 🙂 ) referenta ds. zapatrzenia i zbytu. Moje zadania były proste jak na ówczesne czasy (1973-1974), miałem koordynować „współpracę” pomiędzy priorytetowymi gierkowskimi budowami, firmami zapewniającymi materiały i środkami komunikacji towarów. Miałem to co chciałem, czyli wielce urozmaiconą i popłatną pracę, w oparach alkoholu i rozrywki, która po roku wywaliła mi wątrobę z uwagi na nadmiar obowiązków. Powróciłem więc za biurko urzędu nadzorującego to co robiłem wcześniej. I tutaj znowu zostałem stażystą ponieważ nie miałem żadnego doświadczenia w kontrolowaniu i nadzorowaniu podległych kombinatów i zakładów. Tak zastał mnie „Karnawał Solidarności”.

Nowa władza spod znaku „S” – zajmując się głównie wywożeniem na taczkach niechcianych i nielubianych kierowników – spuściła do kanału prawie 800 tys. kierowników wszystkich szczebli, począwszy od szefowej publicznego kibla, poprzez dyrektorów, aż do I Sekretarzy. W tym ferworze „wywożenia na taczkach” i przywożenia „swoich”, zaniedbano procedurę weryfikacji umiejętności i kwalifikacji nowego kandydata. W efekcie zostałem „wybrany” na stanowisko dyrektora w oświacie i wychowaniu – sugerowano się tym, że byłem w trakcie podyplomowych studiów na kierunku psychologia pracy. Ofertę przyjąłem pod warunkiem wprowadzenia okresu próbnego dającego obu stronom możliwość ewentualnej rezygnacji. Tego stażu nie dokończyłem, bo po wprowadzeniu stanu wojennego zostałem zmilitaryzowany.

Nie należąc do PZPR, ani do „S” byłem łakomym kąskiem zarówno dla jednych jak i drugich, stąd po stanie wojennym odbyłem jeszcze kilka umownych „staży”. Do najciekawszych „staży” należały dwa. Na początku lat 90′ ub.w. olbrzymim zainteresowaniem cieszył się zawód Web designer’a, o ile łączył on cały projekt od przyjęcia zamówienia (np. na wydruk banera) do wydruku i sprzedaży. Problem był jednak w t.zw. „kosztach stanowiska pracy”. Web designer w okresie „stażu” ponosił bowiem całkowite koszty nieudanego wydruku banera, które mogły wielokrotnie przekroczyć jego miesięczne zarobki. Niektórzy pracodawcy, sponsorowani umowami rządowymi 🙂 , umawiali się jednak w ten sposób, że kandydat w okresie „stażu” nie tylko nie otrzymywał zapłaty, ale wpłacał pracodawcy określoną kwotę za naukę zawodu. Ten układ finansowy nie odpowiadał mi, więc po kilku miesiącach powróciłem do wymarzonego zawodu psychotronika.

Jako psychotronik (przypomnę: to m.in. połączone zawody psychologa i elektronika) zajęć miałem niewiele, główne czynności to serwis skomputeryzowanego sprzętu. Tutaj jednak należało wykazać się m.in. umiejętnościami: mechaniki precyzyjnej (naprawa dysków), montażem SMD i BGA, czytania i pisania oprogramowań, informatyki, diagnozowania, oraz projektowania nanoukładów. Podobnie jak w poprzednim przypadku kandydat w okresie „stażu” głównie dokładał do zdobycia odpowiednich umiejętności, ja np. za udział w 2 tygodniowym zagranicznym szkoleniu w 1996 r. zapłaciłem 1800 $ USA. Dlaczego o tym piszę? Bulwersuje mnie roszczeniowa postawa lekarzy stażystów i związkowców służby zdrowia. Z reguły bowiem absolwent początkujący w zawodzie lekarza przyjęty na staż nie przynosi żadnych korzyści i jest tylko utrapieniem dla personelu medycznego. Zanim taki kandydat opanuje i dostosuje wiedzę teoretyczną do potrzeb placówki zdrowia mijają miesiące, często lata, a niektórzy (np. w zakresie higieny, aktualizacji wiedzy, umiejętności miękkich i biurowych), profesjonalnych wymagań nie osiągają nigdy.

Nie mam złudzeń, że – pomimo znacznego podniesienia składki na ubezpieczenie zdrowotne – sytuacja w służbie zdrowia nie zmieni się, a każde pieniądze „pójdą jak psu pod ogon”, albo trafią do prywatnych kieszeni POPiSdowatej władzy. Zreformowanie służby zdrowia nie polega bowiem na „dosypywaniu” pieniędzy do niesprawnego mechanizmu, który zmieli każdą kwotę, a wyłącznie, i głównie na restrukturyzacji i ogólnej reformie systemu. To jednak wymagałoby przekierowania olbrzymiego strumienia pieniędzy z kieszeni prywatnych firm medycznych i farmaceutycznych (opierających się na państwowej służbie zdrowia) do publicznych instytucji zajmujących się ochroną zdrowia. A to jest już niemożliwe, z wiadomych względów. Niemożliwe nawet gdyby zamiast setek tysięcy umierających na poCovidowe choroby i powikłania umierały miliony. Wiadomo: „po mnie nawet potop” …

40 uwag do wpisu “O stażach i stażystach

  1. Iwona Zmyslona

    Jedyne pocieszenie dla tych stażystów jest takie, że zarabiając do 2,5 tysiąca nie bedą opodatkowani. Pozdrawiam noworocznie.

    Polubienie

    1. Nie ma pocieszenia dla lekarzy stażystów, o ile nie są „znajomymi króliczka”. Zapewne pamiętasz, że w PRL można było dostać podwyżkę/awans nawet 2 razy do roku, gdzie podstawowym warunkiem była ocena pracy. Oczywiście „tam” też bywały „PZPR-owskie króliczki”, ale głąba raczej nie awansowano tylko przenoszono w nieznane. Obecnie nasi lekarze po zakończeniu stażu mogą na niezmienionych warunkach tkwić dziesiątki lat, bo jedyną oceną ich pracy jest bycie w PiS, albo bycie „znajomym króliczka”. Takie zasady obowiązują w budżetówce (m.in. nauczyciele, i policjanci)
      Pozdrawiam

      Polubienie

  2. Zawód Stażysta! To brzmi podobnie jak, funkcjonujący w PRL prestiżowy Zawód Dyrektor:)
    Stażysta – przez kilka dobrych lat kojarzyłam z główną postacią popularnego serialu pod tytułem „dr Kildare”. O ile dobrze pamiętam, młodym i bardzo przystojnym lekarzem pomiatano na różne sposoby podczas odbywania stażu w szpitalu.
    Chyba wszyscy byliśmy stażystami na początku kariery zawodowej z bardzo marną pensyjką. Trwało to jakieś 3 miesiące albo pół roku nawet? Taki był mus.
    Ale żeby aż tyle razy jak Ty to nie słyszałam:))
    A tak na serio to uważam, że bycie stażystą na początek kariery ma sens o ile jest sposobem na rozpoznanie przydatności do zawodu.

    Polubienie

    1. Bardziej by mi pasował zawód: „Wieczny student”, bo z legitymacją studencką, uprawniającą do wielu zniżek, nie rozstawałem się przez kilkanaście lat. Wystarczyło tylko wybrać sobie jakąś podyplomówkę i pracodawcę sponsora, w PRL była to łatwizna.
      Ale masz rację, stażystą na ogół jest się tylko raz. Tyle, że ten „ogół” nie da się zastosować, gdy ktoś radykalnie zmienia zawód, firmę a nawet lokalizację. Zgodnie z umową „pisaną” stażystą byłem tylko raz (1969/70 r.), potem jednak prawie wszystkie miejsca pracy były takimi umownymi stażami.

      Polubienie

  3. Bartosz Stefański

    Wampir PSI się nam ujawnił😁
    Poważniej:
    Co do staży miałoby sens… gdyby przestawało się w końcu być stażystą, dwa gdyby, ktoś de facto nadzorował, a nie było to w pełni samodzielne stanowisko nie różniące się od stanowiska „znajomego króliczka”, którego obowiązki i kompetencje są niższe za to zarobki wyższe.

    Obrazujac to jakbym Ciebie teraz wział na staż do programowania i zatrudnił sobie „starszego programistę”, który w zasadzie jedynie co by umiał to zalecić Ci zadania….

    Polubienie

    1. Każdy kiedyś przestaje być stażystą, jeden wcześniej, inny szybciej. Jednak po drodze to najczęściej stażyści są wykorzystywani. W służbie zdrowia jest jeszcze gorzej, bo lekarz wiedząc, że inny stażysta lekarz po awansie na rezydenta otrzymuje takie samo wynagrodzenie unika bardziej odpowiedzialnej pracy.

      Polubienie

    1. Ja tak miałem . Pierwsza umowa na 3 miesięczny okres próbny, a po nim na czas nieograniczony. Przepracowałem 9 m-cy na stawce wstępnej i dopiero wtedy poszedłem do szefa na poważną rozmowę. Gdy przypomniałem treść umowy nakrzyczał na mnie o to, że śmiem się upominać zamiast pracować i czekać.

      Polubienie

      1. Tak się złożyło że już następnego dnia rozmawiałem z innym szefem i rozmowa była owocną. Zmieniłem pracę i to nie była ostatnia zmiana. Co zawód, to zawód mawiałem jeszcze kilka razy

        Polubienie

      1. Bartosz Stefański

        Toz to braknie „ordynatorów” i lekarzy z dużym stażem pracy to znaczy statystycznie, bo praktycznie to oni są wszędzie tylko nie w szpitalu…
        A jak ludzie usłyszą, że odeszło kilkanaście tysięcy lekarzy… to będzie bezrefleksyjnie, że liczba zatrudnionych lekarzy spada… Mało kto pyta co oni w tej służbie zdrowia robią. W stanie zatrudnienia widnieją przecież nawet posłowie…

        Polubienie

        1. Nie bardzo rozumiem relacje pomiędzy nagłym (?) „brakiem ordynatorów i lekarzy z dużym stażem pracy”, a nakłonieniem związkowców, aby – zamiast zajmować się tylko stażem lekarzy – postarali się o uporządkowanie polityki płacowej (awanse, podwyżki).

          Polubienie

          1. Bartosz Stefański

            piszesz, ze wolałbyś żeby uciekli…

            Znasz powiedzenie jak wszystko zrobisz dziś to co jutro będziesz robił? To też prawdopodobieństwo, że ktoś to uporządkuje jest bliskie zero. Szybko staliby się zbędni, a tak mam 1/4 personelu zajmującą się czym? Gderaniem postulatów… Bo nawet nie pracą nad jakimkolwiek projektem poprawy.

            Polubienie

  4. Trudno obecne czasy porównywać z Twoimi stażowymi przygodami. Osobiście myśle, że koszty utrzymania są dzisiaj inne niż za PRL-u. Tamci dygnitarze tez nie żyli w takim zbytku jak obecni. Do wszystkiego trzeba dojść samemu a droga bywa wyboista. Jak się popatrzysz na naszych posłów i ich dochody, bez jakiegokolwiek stażu w samorządach…to nie dziwie się młodym lekarzom.

    Polubienie

    1. Spodobał mi się ten zwrot „Stażowe przygody”, jednak w PRL była to nagminna praktyka, że przyjmowano kogoś do pracy np. na stanowisku referenta, i przydzielano mu zadania specjalisty, specjaliście zadania radcy prawnego, a kierownikowi zadania dyrektora. Zgodnie z Kodeksem Pracy było to możliwe, jednak na okres nie dłuższy niż 3 miesiące, po tym okresie następowała przerwa i ponowne zlecenie … W tym okresie oczywiście nie przysługiwała wyższa płaca, ale w zamian w angażu windowano w górę kategorię zaszeregowania. Takie manipulacje umożliwiały obu stronom obejście obowiązujących przepisów. W ten sposób w PRL „byłem” m.in. specjalistą, kierownikiem, kuratorem, radcą prawnym i dyrektorem.
      W III RP to wygląda podobnie, ale – normalka! – nie ma podstawy prawnej. 😉 😀 Ciekawy jestem jak teraz władza się z tego rozliczy, bo widać wyraźnie, że zarządzają nami dyletanci i nieudacznicy, a rzeczywiście wykonujący dodatkowo zlecane im zadania rządowe nie mają „przełożenia na górę i dół”.

      Polubione przez 1 osoba

    1. „Oczywista oczywistość” dlatego ja przypomniałem ten 32 kartkowy zeszyt w PRL. Zresztą podobnie mieli nauczyciele w pierwszych latach po reformie systemu (konspekty, programy lekcyjne).
      A odpowiedzialność? Ciekawe czyja jest ważniejsza: nauczyciela klas początkowych, czy neurochirurga?

      Polubienie

  5. tonette

    Każdy kij ma II konce.Nie bylibyśmy Poliniakami,żeby nie narzekać na wszystko i wszystkich, zwłaszcza na nieboszczkę komunę.To nie ,nasi’ wymyślili pojęcia stażu przy pierwszej pracy. Prawdopodobnie pochodzi ono z czasów rzemieślniczych gdzie musem było przejscie z ucznia,przez czeladnika a dopiero po ostatnim egzaminie na majstra vel fachowca.Zgadzam się z Tobą iż w latach 70tych starano się odgórnie ukrócić powszechną manię chodzenie (awansu) na skróty.Sam byłem świadkiem gdy przyszło do nas kilku absolwentów chemii z P.Krakowskiej, mających o sobie wielkie mniemanie,że wrodzone matołectwo ich ominęło.Całe noce pili w hotelu robotniczym i wydawało się,że stanowiśka kierownicze są już w zasięgu ręki.Tylko jeden z piątki zdał egzamin stażowy,reszta zaginęła w otchłani historii.Byłem świadkiem gdy kierownik zakładu,szef komisji egzaminacyjnej,powiedział takiemu delikwentowi; na mistrza to ty jesteś za głupi,staraj sie zostać działaczem.Jak już wspomniałeś, później było tylko gorzej,tacy działacze vel matoły odegrali się za pomocą magicznego słowa ,legendarny’ i wykopali wszystkich co mądrzejszych.Co nie było wcale takie trudne.Akurat większość fachowców musiała należeć do PZPR.Dziwnym trafem było to słowo klucz do awansu po 80r.Niestety w sensie ujemnym dla niektórych skoro na mądrych czekały taczki.Nie wiem jak w przyszłości będą wyglądały kryteria awansu stażystów.Czytałem o tym co się za dzieje za oceanem.Co prawda PE ,jeszcze’ nam nie narzucił parytetów opalonych i LGBT,ale za obietnicę stołków totalsi na wszystko się zgodzą.

    Polubienie

    1. Bartosz Stefański

      Owszem staże są już wiekową częścią rzemiosła. Tylko o ile dawniej była ta hirarchia awansów, obecnie awansów nie ma. Po odbyciu stażu, mozesz sobie szukać „innego stażu” na specjalistę poszukamy, tego co w CV ma specjalistę. Te też nasi lekarze jak już się umęczyli wieloletnim byciem stażystą to by awansować wyjechali za granicę.
      A właściwie to nawet nie awansować tylko dostać normalny etat.

      Gdyby to przenieść np. na język lotniczy, to stazysta (I pilot) miałby 10 tys godz nalotu, a kapitan 100 na danej maszynie… a firma szukając nowego kapitana zatrudniłaby tego co ma 200 godz nalotu…

      Polubienie

      1. tonette

        Mylisz staż ,godzinowy’ z fachowoscią.A to nie to samo.Miałem (śp) kolegę lekarza ktory pracował
        w BRD przez 10 lat i został z-cą ordynatora (wyzej nie mógł bo Polak) i został zastąpiony przez 2 młodych lekarzy z b.DDRu.Po wykończeniu (doslownie) 2 pacjentów,dyrektor błagał go o powrót,ale się obraził i wrócił do Polski.Na marginesie oni byli już po rezydenturze.Teraz powinieneś mi powiedzieć,że u nas jest jak jest bo lekarzom malo płacą…I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu.Idż w Anglii do szpitala i natraf na Hindusa.

        Polubienie

        1. Bartosz Stefański

          Piszę o Polskich realiach, gdy „stazyści” robią operacje tylko przeszczep… ordynator, który niby był na sali „ma dar bilokacji”, bo nawet „rezymówka” kolesia pokazała pod ministrstwem. To on i tak będzie gościem z udaną operacją. U nas zawodowcami są Ci, którzy dają stempel. Nie gość co był na sali. To takie Polscze bagno. Piszę Ci fakty 60 proc. Polskich ordynatorów nie wie jak wygląda operowany pacjent😁 nigdy nawet nie byli podczas operacji.
          To co robi fizycznie „stazysta” idzie na konto „szefa”.
          Kiedyś pojmiesz, że rośnie ilość udanych operacji Grodzkiemu😁

          Polubienie

          1. Bartosz Stefański

            Andrzeju mógłbyś skasować ten komentarz z 1:25? Ban się przyda, bo gdy mi się takie rzeczy tu skopiowały… to co jeszcze może.

            Polubienie

    2. Staż stażowi nierówny, dlatego przytoczyłem moje dwa przypadki, gdzie za możliwość podjęcia stażu trzeba było wybulić niezłą kasę.
      Wydaje się, że podobne warunki powinny pojawić się w zawodzie lekarzy. Dlatego coś mnie drze, gdy słyszę jak związkowcy p…ą trzy po trzy o równych podwyżkach.

      Polubienie

          1. Odchodzimy od tematu w kierunkach, które już wielokrotnie były „obrabiane” na wszystkie strony. Mnie nie chodzi o podnoszenie płac wszystkim stażystom, tylko o uporządkowanie w służbie zdrowia polityki płacowej, chociażby na zasadzie „jaka praca taka płaca”.

            Polubienie

  6. Mnie te wszystkie staże denerwują. Uważam, że na samym początku kariery zawodowej można być stażystą- to ma sens, bo student nie ma zielonego pojęcia jak w praktyce działa firma (dokumenty, procedury, podpisy, ustalenia skąd co kupić, komunikacja z klientem, zarządzanie projektem), ale jeśli ktoś już popracował w realnej firmie i przeskakuje do innej firmy, nawet do innej specjalizacji, pośredniego zawodu, to nie jest już stażystą (chyba, że się uczepimy, że stażysta równa się świeżak w nowej dziedzinie, ale każda firma działa podobnie, więc nie można być dwa razy stażystą- poznało się już realia pracy, one nie będą diametralnie różne). Teraz tak się skłąda, że firmy i cwani pracodawcy wykorzystują ludzi zatrudniając wszystkich na staże, najlepiej bezpłatne, pod przykrywką, że ,,no musisz zdobyć doświadczenie”. Czasami stażysta jest utrapieniem, bo nie wie, co robi, ale bardzo często to menadżerzy i szefowie nie wiedzą, jak taką osobą pokierować tylko mają nadzieję, że ona sama się domyśli. Staże płatne pod tytułem ,,ty nam zapłać za ten cudowny honor pracowania dla nas” powinny być prawnie zakazane, bo to jest pasożytowanie. Miałam kiedyś taką ofertę w bardzo znanej firmie od materiałów konstrukcyjnych, która chciała 1600$ za możliwość pracy u nich, bo przecież zurzywam ich prąd jak piszę dla nich raporty i robię wyliczenia. Ręce opadają- powinno się takich cwaniaków ścigać z urzędu…

    Polubienie

    1. Też jestem przeciwnikiem staży w takiej formie jak obecnie. Jednak w niektórych przypadkach staże (czyli taki okres próbny) są niezbędne. Ja dwukrotnie trafiłem na taki staż, gdzie musiałem wyłożyć sporo kasy, po to, aby później zebrać więcej. W firmie reklamowej z lat 1990-95 (grafika komputerowa), aby dostać i zrealizować zamówienie na np. baner reklamowy należało zatrudnić 6-7 pracowników, m.in. od handlu, marketingu, grafiki, malarstwa, satyry, prawa, informatyki, hardware’u, itp. itd., … Dlatego pracodawcy zawsze chętnie przyjmowali kogoś, kto im oferował wielozawodowość. Podobnie było w tej firmie komputerowej. W obu tych firmach błąd mógł spowodować nie obliczalne straty, najtańszy byłe ten nieudany baner obciążający pracownika 2-4 miesięcznymi zarobkami. I tutaj masz rację, bo takie realne potrzeby wykreowały oszustów domagających się np. za zużytą wodę i prąd przez pracownika.

      Polubione przez 1 osoba

  7. Klik dobry:)
    Myślałam, że stażystą jest się tylko raz – na progu kariery zawodowej.

    Ciekawi mnie, dlaczego lekarze całe życie są praktykantami? Wskazuje na to słowo „praktyka” na szyldach gabinetów lekarskich i stomatologicznych.
    Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

    1. Niektórzy, jak np. stażyści filmowi praktykują całe życie i jest to ich nieprzekraczalny próg kariery zawodowej.
      Mnie jeszcze bardziej dziwi, gdy praktykujący lekarz zatrudnia … praktykanta. 😉😁😂
      Odpozdrawiam serdecznie

      Polubienie

  8. Dodam do tego, że obecnie istnieją staże bezpłatne. Studenci nie dostają ani grosza, a i firmom wolno zatrudniać na staż bez wynagrodzenia.
    Są też staże płatne organizowane przez Powiatowe Urzędy Pracy. Wynagrodzenie wynosi 120% zasiłku dla bezrobotnych czyli 1489 zł BRUTTO. Nie rozumiem czemu lekarz stażysta dostaje więcej.

    Polubienie

    1. Bardzo trafna uwaga. Ja przytoczyłem tylko skrajne sytuacje, tj. takie, gdzie stażysta (vide ja) płaci za przyjęcie go na staż, i takie, gdzie lekarz otrzymuje na stażu nawet 2.400 zł., mimo, że jego przydatność na początku pracy jest mniej niż zerowa.
      Oczywiście funkcjonują też staże bezpłatne, częściej nazywane wolontariatami. Sam uczestniczyłem w „takim czymś”, gdy zaproponowano mi stanowisko dyr. w wydz. jednego z urzędów, mówiąc: „Zorientuj się co się tam dzieje, i daj znać”. Zorientowałem się i … zrezygnowałem.
      Nie mam nic przeciw temu, aby wyróżniający się lekarz po 2-3 latach zarabiał np. 30-40 tys. zł., ale taki angaż powinien osiągnąć po zgodnej ocenie przełożonych, związkowców i … pacjentów. Do tego jednak nie dojrzeliśmy.

      Polubienie

  9. To z ciebie taki… stażysta- rekordzista. Ja z pierwszym dniem zawodówki podpisałem angaż, co dzisiaj sobie chwalę, bo mam wspaniały staż pracy i wcześniejszą emeryturę.

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.