Żałuję, że nie jestem Żydem, ideologią LGBT, albo chociaż psychopatą …

Posługując się językiem ze znanego starszym Czytelnikom skeczu z programu „Kulisy Srebrnego Ekranu” wyjaśniam, że chociaż w moim życiu „Momenty były” takie, że mogły zmienić moje postrzeganie świata, i mój wizerunek na zewnątrz, to jednak nadal pozostałem szarym zwykłym i normalnym człowiekiem. Jestem „heterą”, któremu nie drga nawet na widok świeżego młodego „mięska” … bo – jako smakosz i degustator – wolę dojrzałe sztuki, dobrze rozwinięte, wykształcone w detalach, i zaprawione w bojach. W latach młodości, w celach badawczych, próbowałem odjechać na LSD, ale zatrzymałem się przed klozetem z ogromnym kacem i postanowieniem „Nigdy więcej”. Podobnie było z pozostałymi nałogami.

Próbowałem też świrować, bawiąc się malarstwem i fotografią, z równym, czyli nijakim skutkiem. Niestety, według różnych instytucji wydających np. prawo jazdy, licencję pilota, karty i kredyty bankowe, pozwolenie na broń z możliwością odstrzału jednego polityka, albo prawnika w sezonie łownym, oraz orzekających o stanie psychicznym nie dostrzeżono we mnie zalążków na bycie LGBT, czy chociażby psychopatą i uprawnienia mi przyznawano. Nawet pobyt w USA w latach 80′ ub.w. nie zrobił ze mnie wariata, który nieopatrznie wrócił do Polski. No cóż, nie miałem szczęścia pozostając normalnym przeciętnym „obrzygatelem”, bo przecież gdyby było inaczej to – sądząc po naszych wybrańcach ludu – pewnie miałbym szansę na osiągnięcie jakiegoś życiowego sukcesu.

Grzebiąc w drzewie genealogicznym też nie znalazłem rasowych, korzeni judaistycznych, czy arystokratycznych. Ot, zwykły „po mieczu” z dziada pradziada „szaraczek na zagrodzie”. Zagroda wprawdzie nijaka, ale zajączek jurny, na miarę obecnego systemu. Takie rozważania dopadły mnie, gdy słuchałem wypowiedzi najbardziej popularnych osobistości świata artystycznego, zawodowego i politycznego na temat konstruowanej i realizowanej listy laureatów do nagrody Nobla. I coś w tym chyba jest, że wybitne osobistości, którym „się udało” w życiu, przyznają się do tytułowych wad, czyli do problemów z psychiką, tożsamością seksualną, albo zwykłym dostosowaniem społecznym. Wprawdzie nie narzekam zbytnio na swoje „osiągi”, ale uważam, że mogło być ciekawiej i dużo lepiej, gdybym był bardziej „felerny”. Jeszcze do niedawna sądziłem, że podobne do moich problemy z normalnością i deficytem cech osobowości mają przedstawiciele rządu i parlamentu, ale ostatnie dni przyniosły rozczarowanie.

Bo oto pierwsza głowa w państwie, bez konsultacji z sejmem, czy innymi stosownymi gremiami, akceptuje i podpisuje zgodę na wprowadzenie stanu wyjątkowego. Druga głowa w państwie (czyli marszałkowa czegoś tam) jest tylko marionetką szeregowego posła i nie ma głowy do zarządzania parlamentem. Trzecia głowa w państwie straciła mowę, i ogólnie „ni mo chynci do roboty”. Natomiast czwartą głowę coś pojebało, gada i macha rączkami zapowiadając udział w III wojnie światowej. Oczywiście na mocy konstytucji i stosownego poświadczenia psychiatry można by odsunąć te głowy od zabawy w piaskownicy, ale przezornie z konstytucji usunięto zapis pozwalający I Prezesowi Sądu Najwyższego zawieszenie głowy na podstawie lekarskiego orzeczenia o niezdolności sprawowania urzędów państwowych. Teraz o takiej zdolności orzeka … druga głowa, czyli kółko się zamyka. Wprawdzie pozostaje jeszcze piąta głowa w państwie, ale ta już od lat śpi snem, prawie wiecznym i niesprawiedliwym. Ot, głowa mała …

Czy zatem można cokolwiek, poza wiejską furmanką prowadzić bez głowy? Okazuje się, że tak! W IV Najśmieszniejszej funkcjonowanie bez głowy jest możliwe i zupełnie normalne. Od czego bowiem zastępcy głów, czyli półgłówki? Można także iść metodą „od ściany do ściany” i wmawiać wszystkim, że idzie się prosto, a jak wszyscy obok plują nam pod nogi, to można twierdzić, że to deszcz pada. Wmawianie nieprawdy jest zresztą dość łatwe, gdy miliony wyborców wierzą we wszystko co powie im, albo pomyśli piąta głowa i przekaże półgłówek. A więc skoro miliony wyborców PiS wierzą, że czarne jest białe, a białe jest czarne, to – idąc wzorem Waldemara Łysiaka – niech jedzą gówno, przecież miliony much nie mogą się mylić. 😉

35 uwag do wpisu “Żałuję, że nie jestem Żydem, ideologią LGBT, albo chociaż psychopatą …

    1. Cieszę się. Ale jak sobie pomyślę, że mógłbym: a/ od biskupa kupić za przysłowiową „złotówkę” działkę wartą miliony, b/ być dowożony samolotem do ukraińskiej nieletniej dziwki, c/ otrzymać od bezdomnego dwie luksusowe limuzyny, d/ kupować respiratory od narciarza, albo w ostateczności e/ budować sobie dwie wieże … to tak mnie trzęsie, że odbezpiecza mi się granat w kieszeni, albo zastanawiam się nad przystąpieniem do PiS. Uwaga! Komentarz inspirowany filmem „Sami swoi”.😉😁🤣

      Polubienie

    1. Dziękuję za uznanie. A któż to Ci Stokrotko zafundował kwarantannę? Ale nie ma złego co by na dobre nie wyszło, bo nie wierzę abyś na tej kwarantannie „niczego więcej nie napisała” … pewno powstanie jakaś kolejna fajna książka, czego Ci życzę. 😘👍

      Polubienie

      1. PKanalia

        w 2019 było gorzej: na PiS zagłosowało 26,9% uprawnionych…
        „leniuchów wyborczych” było 38,2%… ale uwaga: leniuch wyborczy też głosuje /paradoksalnie/, jego „niegłos” jest rozdzielony na wszystkich kandydatów /ugrupowania/ w takiej proporcji, jak wyniki wyborów /głosy nieważne dla uproszczenia pomińmy/, co oznacza, że od leniuchów PiS dostał 38,2 x 26,9 = ca 10,2% poparcia,,, ale nawet tak licząc 26,9 + 10,2 to nadal mniej niż 50%…
        i tak to jest ;(

        Polubienie

  1. PKanalia

    tekst fajny, zabawny, ale musiałem rozkminić tą akcję z LSD i doszedłem do wniosku, że ktoś Cię oszukał i wcisnął jakiś straszny syf, bo po tym specyfiku nie ma żadnego kaca /abstrahując już od tego, że nie powoduje nałogu, zasadniczo nie ma takiej opcji/… jest jeszcze drugi wariant, taki słowno – humorystyczny: otóż słowo „kwas” jest żargonowym homonimem, albo oznacza rzeczone LSD, albo jest jednym z synonimów wina systemu „wino”… i jeśli to było „LSD” tego drugiego rodzaju, to sprawa zaczyna mieć sens…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

    1. To był 1971 r. LSD było bardzo drogie, a studenci biedni. Pomogły nam dziewczyny z chemii spożywczej, rozpuściły jedną dawkę LSD w alkoholu i tak po ok. 50-100 g. roztworu na osobę zażyliśmy to w akademiku. Chyba też wcześniej było piwo. Nie będę opisywał wrażeń audiowizualnych, bo może były nawet fajne, ale nam nie o to chodziło. Nie pamiętam czy wszyscy się zatruliśmy, czy tylko parę osób, ale kac był przeogromny, a dziewczyny miały z nami niezły ubaw.

      Polubienie

      1. PKanalia

        a o co Wam chodziło?… kiedyś mój znajomy ze swoją laską wzięli kwasa, żeby uprawiać seks tantryczny, ale gdy zaczął działać, to wrażeń dookoła było tyle, że zapomnieli o pierwotnym zamyśle 🙂

        czasem faktycznie po psychodelikach /przeważnie po grzybach lub LSA(*)/ zdarza się paranoja, że się zatruło i wtedy reakcją bywa wizyta w pomieszczeniu z dzbanem… nie jest to jednak realne zatrucie, tylko iluzja, coś w rodzaju „bad trip”… trudno tu jednak mówić o kacu, bo rzecz się dzieje „podczas”, a nie „po”… gdy to przejdzie, to przeważnie jest ulga, że już po wszystkim…
        zbiorowo też jest to możliwe, po prostu ludzie indukują się nawzajem taką kiepską jazdą… tak, czy owak przypadek ciekawy, skłonny jestem jednak przypuszczać, że z tym towarem było jednak coś nie tak, a ta odrobina alkoholu raczej nie miała znaczenia…
        (*) LSA to naturalny „krewniak” LSD, występuje np. w powoju hawajskim, daje podobne efekty, lecz nieraz towarzyszą temu niemiłe fizyczne doznania, co może popsuć całą jazdę… tylko skąd w tamtych czasach takie cóś w Polsce?…

        Polubienie

      2. PKanalia

        p.s. w przypadku psychodelików „nałóg” /uzależnienie/ w takim sensie, jak przy „zwykłych” narkotykach /alkohol, hera, koka, etc/ jest zasadniczo niemożliwy… specyfika tych środków jest taka, że kolejna dawka w krótkim czasie po prostu nie działa /albo działa bardzo słabo/, co powoduje małą atrakcyjność takiej regularnej zabawy i nie ma warunków, aby nałóg mógł się w ogóle rozwinąć…
        jedyne ryzyko polega na tym, że osoby o wrażliwej psychice mogą po prostu zwariować /cokolwiek to ma znaczyć/, ale to jest zupełnie osobna bajka…

        Polubienie

        1. Odnoszę wrażenie jakbyśmy odnosili się do dwóch równoległych światów. Na przełomie lat 60/70 ub.w. „o LSD nikt nie słyszał i nie widział” (natomiast Ty chyba masz na myśli okres po 1980 r.) Ktoś zdobył jedną działkę i tym podzieliliśmy się we czworo. Chodziło o szpan i sprawdzenie o co właściwie chodzi. Z naszej czwórki tylko dwoje „pogłębiło temat” wąchając tani klej. Od znajomego architekta dowiedziałem się, że owszem LSD wzmacnia wrażenia, ale nie da się tego zapamiętać tak, aby przenieść to na papier. Nie da się, bo specyfik otumania i w ogóle ma bardzo wąskie spektrum oddziaływania. Nie wiem jak to teraz działa, ale problem jest chyba podobny.
          PS. Dziewczyny (1 z chemii spoż. , 2 z medycyny) były na wypadek, gdyby coś z nami się stało, bo podejrzewaliśmy, że pierwsza dawka może być uderzeniowa … i była.

          Polubienie

          1. PKanalia

            p.s. ale tak w ogóle, to rozsądne było zatrudnić dziewczyny jako asekurację… bez pewnego przygotowania i doświadczenia lepiej nie eksperymentować samemu, bo faktycznie niektórzy mogą przypanikować… jednak LSD to jeszcze małe miki, wchodzi powoli, pozwala się oswoić z sytuacją, ale np. taka szałwia wieszcza (ekstrakt) wywala w kosmos bez ostrzeżenia 😆

            Polubienie

        2. PKanalia

          nie, dlaczego?… nie widzę nieporozumienia… to fakt, że scena dragowa jest dynamiczna i zmienia się w czasie, np. w Polsce przełomu 60/70 na temat LSD coś wiedzieli jedynie nieliczni, co więcej, na świecie wiele substancji, czy produktów w ogóle nawet nie istniało… niemniej jednak to nie ma nic do rzeczy, bo owo LSD to swego rodzaju „przedwojenna klasyka” i jego właściwości nigdy się nie zmieniły; zmieniała i zmienia się jedynie wiedza na ich temat…
          a mnie po prostu „zboczenie zawodowe” zmotywowało, żeby dociec, jak to było z tą Twoją przygodą 🙂

          nie bardzo rozumiem, co znaczy „otumania”… LSD na pewno znacząco zmienia percepcję i funkcjonowanie umysłu, ale ta „wąskość spektrum” jest mocno do dyskusji… co prawda psychodeliki /w tym LSD/ rozmaicie działają na ludzi, ale zwykle /co nie znaczy zawsze/ nie pozbawiają wglądu w to, co się dzieje i wiele tripów świetnie się pamięta, choć z detalami to już różnie bywa… czasem jedynie nie wszystko daje się opisać słowami, ale czy to jest problem?… moim zdaniem nie, bo czy wszystko musimy pojmować dyskursywnym myśleniem?… ale to już jest szerszy temat 🙂

          Polubienie

          1. „Przedwojenna klasyka” to prawda, ale bardziej na ówczesnym Zachodzie. My byliśmy jeszcze zapóźnieni prawie we wszystkich dziedzinach, więc u nas głównie brylował peyotl i marycha. Z tym „otumanianiem” jest jak ze snem, są dobre, są złe, a ja miewałem jeszcze takie, że śniły mi się rozwiązania problemów z elektroniki i informatyki. I o ile sny można jeszcze zapisać i rozwiązania się sprawdzają, to po narko tylko pływasz w kolorach i dźwiękach. Za to „wyjście” ze snu jest znacznie szybsze. Dlatego eksperymentów (oprócz jednego zatrucia grzybami) po 1970 nie powtarzałem, szkoda mi było czasu.

            Polubienie

          2. PKanalia

            „przedwojenna klasyka” w tym sensie, że LSD zsyntetyzowano przed II WŚ, ale tuż przed wojną, więc nie zdążył się upowszechnić nigdzie, tym bardziej w Polsce… aczkolwiek na polskich (przedwojennych) wsiach „babcie zielarki” miały swoje domowe sposoby na przetwarzanie sporyszu /ergotamina – prekursor LSD/, były to jednak namiastki, bo tu trzeba wyższej chemii, żeby otrzymać rasowy produkt…
            dopiero w latach 70-tych studenci w Gdańsku próbowali syntezy LSD „po polsku” uproszczoną metodą i wieść głosi, że operacja się udała, tylko pacjent umarł… dosłownie umarł, bo jeden z tych ludzi spróbował efektów na sobie, produkt był jednak mocno zanieczyszczony i wyszło, jak wyszło…
            notabene to byli ci sami goście, którzy /z powodzeniem zresztą/ wynaleźli prostą metodę produkcji acetylomorfiny z makowin i tak na Polskiej scenie narkotykowej pojawił się produkt znany jako „kompot” /trochę błędnie zwany też „polską heroiną”/…
            ale tego już rozwijał nie będę, skupiłem się tylko na LSD, bo temat „historia narkotyków i psychodelików na terenach Polski” trzeba by zacząć od warzenia piwa przez starożytnych Słowian i ówczesnych babciach – zielarkach, które znały inne specyfiki /także psychodeliki/ 🙂

            Polubienie

          3. No to trochę mi rozjaśniłeś okoliczności pojawienia się tego „wzbogaconego” LSD w akademiku warszawskim. Rytuał zażycia tego specyfiku bardziej przypominał eksperyment niż jakąkolwiek potrzebę. My przeżyliśmy, bo ponoć spirytus oczyszcza … 😉😁🤣
            Ale masz rację, że historia narkotyków rozciąga się na tysiące lat wstecz. Warto też zauważyć, że zwierzęta stosowały tę metodę, kiedy nas ludzi jeszcze na świecie nie było.

            Polubienie

          4. PKanalia

            mój ulubiony zabawny przykład używania narkotyków przez zwierzęta inne, niż człowiek, to słonie objadające się owocami maruli… nie potrzebują żadnej aparatury, aby pozyskać najpopularniejszy na świecie narkotyk /czyli alkohol/, ich przewód pokarmowy znakomicie spełnia tą rolę… aczkolwiek rozumiem, że ofiarom tego słoniowego rauszu, czy haju /jak zwał, tak zwał/ niekoniecznie musi być do śmiechu 😆

            na Tasmanii istnieją spore pola makowe /Papaver somniferum/ w ramach rządowych upraw, produkcji i dalszego przetwarzania opium do celów medycznych… gdy kwiaty przekwitają i pojawiają się młode, zielone makówki, na obrzeżach tych pól pojawiają się kangury, niektórym udaje się sforsować ogrodzenia i zaczyna się wielkie ćpanie na całego 😆

            wśród wielu innych przykładów nie sposób nie wspomnieć o kotach… kocimiętka i produkty z kozłka lekarskiego to jest to, co małe „tygryski” lubią najbardziej 🙂
            /aczkolwiek nie wszystkie, jakieś 1/3 kotów ma wyrąbane na nęcący zapach tych specyfików, jak widać bardziej cenią sobie trzeźwość od haju/…
            przy okazji, skoro już o kotach mowa, to jak wiemy alkohol jest najpopularniejszym na Ziemi narkotykiem, ale ma też opinię jednego z najbardziej prymitywnych i niezwykle mało twórczych… po ów narkotyk chętnie „sięgają” np. psy, konie, słonie, świnie, etc, nie wspomnę już o ludziach… kot na każdą propozycję drinka reaguje ze wstrętem, czasem nawet bardzo czytelnie go okazuje: gdy kotu podasz do miski coś, co budzi jego wyjątkową dezaprobatę /np. nieświeże mięso albo… piwo (także świeże)/, to często wykonuje obok tej miski gest łapką imitujący zakopywanie odchodów 😆

            Polubienie

          5. Bardzo ciekawie rozwija się nasza „narkotyczna” dyskusja, ale jednocześnie bardzo odbiega od głównego tematu jakim jest preferowanie na drabinie społecznej ludzi z nieco inną genetyką i zróżnicowanymi cechami osobowościowymi. Wyniosłem z tego taką oto naukę, że gdybym był (poza byciem tytułowym Żydem, ideologią LGBT, i psychopatą) także narkomanem, to pewnie moja kariera by się rozwijała znacznie „szybciej i wyżej”. Nie wiem, czy tego bym chciał, bo nie wierzę środowiskom, które dyskryminują ludzi wykształconych, doświadczonych i wykazujących ponadprzeciętne zdolności i inteligencje w życiu społeczno zawodowym.

            Polubienie

          6. PKanalia

            nie jestem Żydem /ani w sensie etnicznym, ani wyznaniowym/, gust seksualny mam „hetero”, nigdy nie wpakowałem się w żadną poważniejszą kabałę narkotykową, ale kwestia „psychopata” może być do dyskusji… gdy pracowałem kiedyś w „małej” psychiatrii, nagminne było w tym środowisku poddawanie się różnym szkoleniom, w których trzeba było wcielić się w rolę pacjenta /taki jest wymóg tego zawodu/, a także wszyscy robiliśmy sobie różne testy psychologiczne… wynik jednego z tych testów znajoma zinterpretowała jako „psychopatycznie niski stopień lęku”… to zaś przełożyło się na brak ambicji robienia kariery w typowym tego słowa znaczeniu, jak „kasa, sława i władza”, co oznaczało, że wspinanie się po szczeblach tzw. „drabiny społecznej” nigdy mnie za bardzo nie interesowało, wystarczał mi ten szczebel na którym akurat byłem i miałem ciekawsze zajęcia, niż ta wspinaczka i branie udzialu w „wyścigu szczurów”…bo pęd do robienia kariery we wspomnianym sensie wynika właśnie z lęku, z tego to właśnie powodu ludzie chcą kontrolować otoczenie bardziej, niż im to jest potrzebne. i zamiast się dobrze bawić tworzą sobie nadmiarowe problemu z niczego..
            nie wiem, na ile to wpisuje się w narrację i temat przewodni Twojego tekstu, czy znowu nie zbaczam z tegoż tematu, ale tak mi się to właśnie jakoś pokojarzyło 🙂

            Polubienie

          7. Zbliżamy się do głównej narracji postu i komentarzy, które miały zdominować mój przekorny (przewrotny) punkt widzenia. Bo, oczywiście niczego nie żałuję, i raczej nie chciałbym być tytułowym bohaterem z jego cechami. Ale nietrudno dostrzec, że do zrobienia kariery w popisdowatej RP nie wystarczą własne cechy osobowościowe (m.in. jak piszesz ambicja do robienia kariery), bo o wiele ważniejsze, a nawet warunkiem „sine qua non” staje się przynależność do określonej kasty, grupy, a nawet mafii, gdzie Żyd popiera Żyda, gej geja, a psychopata psychopatę. Taki mamy rząd i takie mamy kryteria decydujące o awansie i pozycji na drabinie społecznej. I dlatego żałuję, że zamiast ludzi wybitnych, których nie brakuje w Polsce, promuje się beztalencia, idiotów, przygłupów, psychopatów, zboczeńców, przestępców i głównie takich z grupy BMW. Nie o mnie więc chodzi, ale o tych, którzy nami chcą rządzić.

            Polubienie

          8. PKanalia

            potrzeby „przynależenia gdzieś”, identyfikacji z jakąś grupą też nigdy we mnie nie było … oczywiście nie mówimy tu o przynależności „siłą rzeczy” , np. gracz w golfa przynależy do grona golfistów, czy chce, czy nie chce… nie mówimy też o przynależności formalnej, która czasem po prostu może się opłacać, np. wspomniany golfista zapisuje się do Polskiego Związku Golfa, żeby brać udział w jakichś zawodach, do których niezrzeszonego by nie dopuszczono…
            ale to drugie jest już chyba blisko przekazu Twojego posta… takiego ptysia Związek Golfa wspiera, promuje, etc, nie z powodu jego dobrej gry, tylko z powodu tej przynależności /kwestia składek jest tu sprawą drugorzędną/…
            tylko ja nie jestem taki pewien, czy to jest zjawisko charakterystyczne dla obecnych „popizdowatych” realiów, czy jest to bardziej ogólna prawidłowość?… w dawnym państwie rzymskim kariera /polityczna, ekonomiczna, czy nawet czysto towarzyska/ nieraz zależała od tego, do którego stronnictwa kibiców ktoś należał na hipodromie 🙂

            Polubienie

          9. Ja nie ma nic przeciw temu jeżeli np. z dwojga profesorów prawa „waadza” wybierze sobie swojego, np. „golfistę”. Problem pojawia się wtedy, gdy obok profesora prawa w szranki staje magister prawa i to on wygrywa nominację, bo jest „odkryciem towarzyskim”. Nie chodzi tu zresztą o tytuły „naukawe”, bo można być i profesorem i idiotą.
            Czy jest to „ogólna prawidłowość”? W liczących się mocarstwach starożytnych, aby być następcą np. faraona, należało wygrać wojnę, chociażby tę symulowaną. Dzisiaj wystarczy być np. „Żydem. ideologią LGBT, psychopatą”, itd., itp., …

            Polubienie

  2. Problem polega na chwili…może i ta hołota ma dzisiaj swoje pięć minut a ich wyborcy sądzą, że gówno to czekolada…historia ich jednak rozliczy i gówno stanie się gównem…w tym kontekście wolę być tu gdzie jestem….co nie znaczy, że żaden wkurw mnie nie ogarnia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ano mają swoje nie tylko 5 minut, ale 2 x 5 minut, i chrapkę na więcej. Ale to jakby się kończy, bo coraz więcej tych co głosowali na PiS, teraz puka się w czoło. Oby jak najszybciej ich rozliczono, bo inaczej bedziemy zamiast czekolady jeść „wyrób gównopodobny”.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Obawiam się, że w naszym kraju coraz łatwiej będzie żyć cwaniakom i półgłówkom- tam się takie cyrki wyprawiają, że na trzeźwo i bez skrzywień psychicznych to się tego nei da rozebrać na części pierwsze.
    Na marginesie, ,,dziwne” ekscesy w życiu raczej nie sprawiają, że ktoś stanie się półgłowkiem, chyba, że się w tę główkę walnie, ale wtedy to nawet i do rządu się nie nada. Mi się wydaje, że trzeba się urodzić z predyspozycjami do zostania takim politykiem.

    Polubione przez 1 osoba

    1. To co napisałaś w ostatnim zdaniu jest chyba kapitalnym podsumowaniem tego postu i komentarzy. Bo to prawda, że politykiem trzeba się urodzić. Już w kołysce uczymy się jak oszukać rodziców, aby dostać to czego byśmy nie dostali w normalnych warunkach. I to od rodziców zależy na kogo wyrośniemy w przyszłości, i kim zostaniemy. 😘

      Polubione przez 1 osoba

Możliwość komentowania jest wyłączona.