„Szumią jądra na gór szczycie, wicher w dupę dmie”

Kilka tygodni wstecz wyjaśniałem powody dla których odechciało mi się rozprawiać na temat rządów tej i poprzednich opcji politycznych (czyli w sumie POPiS-dowatych polityków), bo gdzie włożyć ręce tam wszędzie gnój. Tym razem rąk już nie wkładałem, tylko przyłożyłem ucho do wywiadu w jakim wczoraj uczestniczył „sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej”. Gdyby nie to, że w okresie PRL osobnik ten splamił się, bliską współpracą z przewodniczącym „KOR”, a w III RP m.in. podjął się szefowania UOP, to można by przyjąć, że jest to jeden z niewielu członków partii rządzącej, który ma jeszcze jakąś żywą i sprawną komórkę poza „srajfonem”. Ale niestety.

Z wykształcenia „taczkowy” doktor o specjalizacji biochemii (diagnostyka medyczna) – taczkowy, bo tak jak inni wspomagany mocą „Karnawału Solidarności” został w latach 1981-1984 oddelegowany na uczelnianą synekurę do USA – po powrocie do Polski odciął się od prezesa na żółtych papierach i rozpoczął karuzelę stanowisk i partii. Zaliczył ZChN, ROP, RK-N, BBN, aby wreszcie spocząć w PiS jako spec od „gumowych dzwonków na gaz elektryczny”. Jak wiadomo jednak w Polsce tylko obajtek może, bo inni nie mogą, a więc i spec od dzwonków robi w energetyce, chociaż dużo nie może, bo się na inwestycjach w energetyce po prostu nie zna.

Wracamy do tytułowego tematu, a więc szumią nie jądra, a jodły i wiatr nie w dupę, a w skrzydła nielicznych wiatraków na prąd dmie. Nie przeszkadza to jednak specowi rzucić, w imieniu rządu kolejną obietnicę, iż w 2030 r. będziemy już mieli jaja czyli rozbite jądra. Z litości nie warto już pytać na co komu jądra, gdy reszty nie ma? Temat jednak jest na tyle ciekawy, że warto przelecieć się po historii. Pierwsze rozbicie jąder nastąpiło w Gabonie (miejscowość Oklo) ok. 2 miliardy lat temu:
https://inis.iaea.org/collection/NCLCollectionStore/_Public/32/032/32032323.pdf
Dopiero w 1942 r. eksperyment ten powtórzyli Amerykanie z pomocą Niemców i potem już poszło. Jak zwykle „kto pierwszy, ten lepszy”. „My Polska” w gronie europejskich państw dużych i średnich od dziesiątków lat zajmujemy miejsce na którym „ostatnich gryzą psy”.

Historia wielkich inwestycji państwowych po raz kolejny dowodzi, że łatwiej jest obiecywać i rozwijać nierealne wizje niż budować. Wprawdzie „Złota Epoka Gierka” wzbudziła nadzieje na posiadanie własnego reaktora jądrowego, ale skończyło się na wersji eksperymentalnej zaś wizja przemysłowa odjechała „w siną dal”. W kraju, który nie potrafił zaspokoić oczekiwań rynku nawet na „papier srający” i sznur do snopowiązałek nie było zaskoczeniem to, że sami elektrowni atomowej nie wybudujemy. Czasy jednak się zmieniły i wokół nas są chętni do tej roboty. Polska jednak ma przesrane zarówno w Europie, Azji jak i w Ameryce.

Europa, głównie Francja, już po skandalu z odrzuceniem kontraktu na francuskie śmigłowce nie zamierza się z nami zadawać. Podobnie jest ze Szwecją i ich maszynami latającymi typu Eurofighter i Typhoon. Od Angoli możemy dostać tylko brytyjską wersję Covida-19 i ewentualnie kiepską instrukcję wykonania sepuku, czyli polexitu. Pozostają Chińczycy i Amerykanie, ale i tu jest problem. Z Chińczykami nie wyszło Tuskowi, bo obie strony przy budowie autostrad za bardzo chciały się „nachapać” unijnej kasy. W efekcie zbudowano autostrady z piasku, a odszkodowania zawartego w umowie do tej pory Polska nie odzyskała od Chin. Nie lepiej powiodło się PiSowatym, gdy minister od katastrof pierw obiecał Chinolom zbudowanie terminalu w Łodzi, jako zwieńczenia współpracy na t.zw. „Jedwabnym szlaku”, a potem pokazał im środkowego palucha Lichockiej.

W zasadzie pozostaje tylko spuszczenie się na Amerykanów, którym kiedyś robiliśmy łaskę, a oni obiecywali nam w zamian wykonanie m.in. kompletnego projektu elektrowni atomowej najpóźniej do 2023 r. Jak to jednak bywa „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”, przegrał wybory pomarańczowy wuc i prawdopodobnie przegra wybory nasz mały wuc, nietrudno więc zgadnąć co stanie się z kolejnym wstępnym projektem polsko amerykańskiej współpracy. Czyżby zatem pozostała tylko niechciana Rosja? Na razie poczekamy. Nie spieszy się. Jak oświadczył kolejny, nieco dłuższy w pionie wuc, zasobów węgla wystarczy nam jeszcze na ok. 200 lat … a potem się pomyśli. Na razie więc „szumią jądra i wicher dmie”

26 uwag do wpisu “„Szumią jądra na gór szczycie, wicher w dupę dmie”

  1. Jeśli elektrownię atomową zacznie budować Sasin, to nie tylko zbyt drogo to wypadnie, ale i bezpieczeństwo pod znakiem zapytania, wszak nawet na czas wyborów pandemię przerwali…
    Z wypowiedzi pseudospeców od Ziobry wynika, ze oni owszem chcą poprawy powietrza nad Polską, ale jedynie poprzez zaprzestanie palenia rosyjskim weglem, naszym można do woli.

    Polubienie

    1. O Sasina nie martwię się, bo on jest od psucia, a nie od budowania. 😉
      A minister zero ma w doopie losy Polski, jemu chodzi o zabezpieczenie swojej doopy i utrzymanie się chociażby na „stanowiskach immunitetowych”.

      Polubienie

  2. Oj tam, elektrownię raz dwa zbuduje pan „Wójtek” bo jak wiadomo, wszystko może. Po prostu użyje swojej nadprzyrodzonej „aury”.

    Polubienie

  3. Z Polakami i z tym rządem już nikt gadać nie chce! Mają zamiar na ambasadorów wysyłać nieuków bez znajomości języka, a więc kamieni kupa!

    Polubienie

  4. Witaj Andrzeju, oj tam jak jeden premier zaczął budować zaraz po wstąpieniu Polski do UE, to nawet śladu nie ma po jego partii, ostał się tylko jego podatek :)) w innych partiach to już bywało coś tam z jądrami i zazwyczaj wysadzało to partie. Dobra śmichy hihy, ale jaja na bok. Poważna sprawa, nie chodzi nawet o to, że już nas nie lubią. Obawiam się, że wszystkim opłaca się budować…najlepiej od dziś do dnia końca zapasów wszelkich paliw włącznie z tymi jądrowymi :))

    Polubienie

    1. Pełna zgoda co do jąder. Ja bym tylko dodał, że z jądrami jest tak jak z oczyszczalniami itp. świństwami, gdzie najważniejsza jest lokalizacja, czyli komu najwięcej się „oberwie” w razie awarii. 😉
      W jednym z filmów przedwojennych przełożony urzędnik tak pouczał praktykanta: „Rób coś, mów coś, ruszaj się!” i ta zasada obowiązuje do dzisiaj. Wiadomo, że z każdej budowy da się coś wykraść, jedni wynoszą drzwi, inni całe domy, a „specjaliści” skupiają się na wacie, ale nie tej do podcierania tyłków niemowlakom. 😉

      Polubienie

      1. dokładnie to brzmiało: „rób coś, mów coś, ruszaj się, bo zardzewiejesz i będziesz skrzypiał” i autorstwo przypisywane było jakiemuś sanacyjnemu generałowi…
        natomiast na budowach zawsze zasadą było i jest szukanie sobie jakiegoś zajęcia, nawet kompletnie bez sensu typu przerzucanie piachu z kupy na kupę, aby się tylko ruszać, bo inaczej majster, czy też inny kierownik sam znajdywał takiemu zajęcie i klient miał przesrane…
        za to pamiętam, jak swego czasu sam kierownikowałem na budowie i dosłownie nie było dnia, aby ktoś nie przyszedł z ofertą kupna worka cementu, bo czasy były takie, że towar to był zaiste deficytowy…

        Polubienie

        1. A to mnie zaintrygowałeś. Myślałem, że zwrot ten pierwszy raz pojawił się na jakimś filmie z „międzywojnia”. Powiedział to urzędnik do stażysty w sytuacji, gdy urząd miał nawiedzić dyrektor. Tutaj chodziło o to, aby na czas inspekcji stażysta „robił coś, mówił coś, i ruszał się”. Potem chyba mógł rdzewieć. Tak myślę. 😉
          Na budowach nie pracowałem, ale nadzorowałem kilkanaście priorytetowych inwestycji PRL i pamiętam jak na jednej budowie ukradziono kilkadziesiąt ton greckiego marmuru kruszonego (drogi). Zrobiono to sprytnie, bo marmur ułożono wokół pustej szopy tak, aby obmiar nie wykrył braku.

          Polubienie

          1. ja też pamiętam jakiś film /a raczej teatr telewizji to był/, gdzie jeden z bohaterów tak strofował wszystkich podwładnych, ale to też był oficer…
            a sprawę poznałem jeszcze wcześniej od pewnego wujka(RIP), który służył w wojsku przed wojną, zaś samą wojnę spędził w oflagu, niestety gdzieś mi zagubiło nazwisko wspomnianego generała…

            na tej budowie pracowałem przed 89-tym rokiem i firma świetnie prosperowała, właścicielem był stary lis, który świetnie się poruszał w świecie peerelowskich układów i układzików, niestety po 89-tym firma szybko padła, bowiem szefuńcio kompletnie się pogubił w nowej rzeczywistości…
            za to pamiętam nieco jego nauk z tamtego okresu, na przykład miał (formalnie) wspólnika, który de facto pełnił rolę zastępcy, „tego złego”, ekonoma nadzorującego ludzi i ten wspólnik okradał ewidentnie firmę, z buchniętych materiałów postawił sobie nawet chałupę, ale szefuńcio to tolerował twierdząc, że taki człowiek jest mu potrzebny, a „lepszy stary złodziej, niż nowy” 😀

            Polubienie

          2. Widać wyraźnie, że przedmiotowe powiedzenie z powodzeniem funkcjonuje nadal. System się zmienił, ludzie podobno też, a przed kamery nadal wychodzą małpy przebrane za polityków i „mówią coś, robią coś, i ruszają się”. I to się dzieje bez względu na systemy polityczne.
            Moja kariera budowlańca/zaopatrzeniowca kształtowała się w latach 70/71. Niestety dłużej wątroba nie pozwoliła. Opisałem to zresztą tutaj:
            https://bezkomentarza.wordpress.com/2015/05/13/imieniny-w-pracy-czyli-prl-cala-geba-obrzygana/

            Polubienie

  5. za czasów (tamtego) PRL w ówczesnym wojsku panowała opinia, że służba w wojskach łączności przy antenach radiowych jest szkodliwa dla zdrowia, bo „z torby wybiera”… czy to prawda, czy mit, to akurat nie jest ważne… ciekawy za to był komentarz pewnego „zlewa” wyższego stopniem: „ojtam, tamtaj, wybiera – nie wybiera, ważne by maszt równo i sztywno stał”…
    p.jzns 🙂

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.