Za waszą wolność … a nasza …?

Wczoraj odbyła się długo, bo przez ponad dwie godziny, wyczekiwana konferencja prezydenta Putina … tfu, tfu, tfu, co ja piszę, przecież już obowiązuje inne nazewnictwo. Jeszcze raz. Wczoraj odbyła się konferencja XIX-wiecznego troglodyty zamordysty Putina. No tak, tak zapewne teraz będą się zaczynały wszystkie doniesienia prasowe pochodzące z naszego śmiesznego kraiku nad Wisłą. Zanim jednak zaczniemy się zagłębiać w obowiązkową lekturę ogłupiania pomyślmy, póki jeszcze mamy gdzie, i czym.

Jest połowa sierpnia, tego ważnego „Sierpnia 1980 r.”. Poranek zwykłego roboczego dnia. W całej Polsce pracownicy, zarówno fizyczni, jak i umysłowi, mający czas (bo kuźwa przecież są w pracy!) i dysponujący kilkudziesięcioma złotymi, robią „zrzutę” (w innych regionach zwaną ściepą). Po pierwszym „rozpiciu” półlitrówki bywa różnie. Jedni dopiero wtedy zaczynają pracować, inni udają, niektórzy robią kolejną zrzutę, jeszcze inni trzeźwieją, większość jednak „politykuje”. Gdańsk, stocznia. Tutaj jest podobnie. No prawie. W głowach 2-3 robotników – w tym jednego ważnego elektryka – pojawia się rewolucyjna myśl: strajkujemy!

Nigdy już nie dowiemy się, czy strajk w stoczni powstał dlatego, że 2-3 robotników nie miało na „zrzutę”, czy może dlatego, że jeden ze strajkowiczów okazał się niezwykle aktywnym opozycjonistą, który już od kilkunastu lat miał „obcykany” szczegółowy plan obalenia komunizmu na całym świecie. Jak do tej pory obowiązuje ta druga wersja, i nikomu nie spieszno do jej obalania (po co, robić z siebie idiotę, który wcześniej w to uwierzył?). Dalej w stoczni wszystko potoczyło się niezwykle sprawnie, no prawie jak na obecnym majdanie ukraińskim.

Już po kilkunastu godzinach do stoczni jako pierwsze (?!) przybywają zachodnie stacje RTV, dla polskich mediów: Zakaz wstępu. To normalne. Władza PRL w takich sytuacjach strajki nazywała „przerwami w pracy”, „zakłóceniami cyklu produkcyjnego”, itd., a potem robiła z tym porządek, najczęściej przyjeżdżając z pełnym workiem pieniędzy, i znacznie rzadziej z kijami. Na terenie stoczni prawie równocześnie pojawiają się szefowie i „think tanki” partii opozycyjnych: Moczulski, Kuroń, Michnik, Geremek, Mazowiecki, i tp.

Prasa światowa dowiaduje się, że dwóch robotników zbulwersowanych podwyżką cen mięsa i alkoholu (wódka i zagrycha), oraz wyrzuceniem z pracy ich koleżanki zainicjowało strajk. To trzeba odkręcić. W ciągu kolejnych kilku dni strajkowicze wymyślają ponad 50 abstrakcyjnych postulatów. Ostatecznie na bramie stoczni pojawia się historyczna tablica z wypisanymi 21 postulatami o które będzie walczyć już cała Polska. Wśród wielu mało istotnych pojawiają się: „Socjalizm tak, wypaczenia nie!”, „kierownicza rola PZPR”, „Wolne związki zawodowe”.

Po dwóch tygodniach rząd (no może nie cały) pada na kolana i podpisuje porozumienie ze strajkującymi. Jest to jedyne zwycięstwo w bloku wschodnim, gdzie rząd uznaje działalność niezależnych samorządnych związków zawodowych. Porozumienie podpisane, ale wiadomo, że podpisane pod przymusem nie ma szans na utrzymanie się. Postulaty nigdy zresztą nie zostały zrealizowane do końca, a najważniejsze hasła zostały zamienione w karykaturę, np. „Wypaczenia tak, socjalizm nie”. 😀 😀 😀

Trudno w tym momencie nie przyznać racji „zamordyście i troglodycie Putinowi”, że obalenie Janukowycza odbyło się niezgodnie z obowiązującym prawem, a wydarzenia na majdanie to niezwykle starannie wyreżyserowane przedstawienie. Ale przecież tym nikt się nie będzie przejmował … zakrzyczymy zatupiemy, a potem to samo zrobią z nami ciemnym ludem. Trzeba tylko poczekać …
.