Nazywam się Kajtek

Początek wiosny 1985 r. Przyszła odwilż, ale noce nadal jeszcze bywały zimne. Pod jednym z osiedlowych śmietników (takie duże wanny na kółkach) usiłuje się schować mały żółto-biały piesek. To znany obrazek z końca PRL. Okolice śmietników były takimi małymi lokalnymi schroniskami dla psów i kotów. Czasami ktoś przynosił tutaj dodatkowe jedzenie i picie, jeszcze rzadziej zdarzało się, że ktoś zabierał stąd jakiegoś zwierzaka do domu. Najczęściej jednak co kilka tygodni dozorca wyciągał jakiegoś zamarzniętego, zagryzionego, lub otrutego zwierzaka i wrzucał go do śmietnika.

„Mój żółciak”, też wyraźnie przyszedł tu dokonać swojego żywota. Był ranny, połowa pyszczka, brzuch, i tylna noga były zakrwawione. Siedział oparty na szeroko rozstawionych przednich łapkach i trząsł się, raczej nie z zimna (bo miał wyjątkowo gęste futerko), ale z choroby. Już w domu okazało się, że problem jest nie tylko z połową zgruchotanej szczęki, bo na brzuchu miał głębokie ślady po pogryzieniu przez innego psa – tak przynajmniej orzekł ściągnięty w nocy znajomy psi lekarz.

Leczenie ran trwało długo (jak na psa), i gdy po kilku tygodniach mieliśmy już ulec namowom wielu lekarzy, aby go uśpić, maluch – leżący do tej pory w fotelu jak bezwładny worek z podpiętymi pampersami – któregoś dnia sam poruszył łepkiem i zaczął się nam przyglądać. Dalej poszło błyskawicznie, już po kilku dniach znajdek zaliczył swój pierwszy porehabilitacyjny spacer. Nasze „pół szczęścia”, nazwane tak ze względu na utratę połowy dolnej szczęki, po dwóch miesiącach od znalezienia wyglądało tak jak na zdjęciu „719 a1”

Chodził już na spacery, ale nadal po każdym dłuższym wyglądał jak po maratonie, czyli tak, jak na zdjęciu „724 a1”

Reagował na imię Kajtek. Okazało się jednak, że lubił „podsłuchiwać” ludzkie rozmowy. Gdy usłyszał jak ustalamy, kto z nim wyjdzie na spacer, to natychmiast leciał do wymienionej w rozmowie osoby i siadał obok, jakby mówiąc: Jestem, idziemy! Gdy ktoś przynosił mu smakołyki „na później”, i usłyszał „to dla Kajtka” to natychmiast leciał i sprawdzał co to jest. A potem konsekwentnie czekał na to „później”. Nie było wyjścia i musieliśmy między sobą zmienić mu imię. Nazwaliśmy go „Psiowy”, co w jakiś sposób umożliwiło swobodną rozmowę. On udawał, że nie wie, kto to jest Psiowy, a my udawaliśmy, że nie wiemy, że on wie.

Psiowy ze smakołykami rozprawiał się bezceremonialnie. Był ładnym psem i lubił „służyć” zdjęcie „722 a1”

i „prosić” zdjęcie „720 a1”

o smakołyki.

Gdy jednak zabawa trwała zbyt długo, wtedy bezceremonialnie zabierał co swoje, zdjęcie „723 a1”

Był na tyle cwany, że nie atakował tego co było w palcach, bo te z reguły mu zbyt szybko i wysoko uciekały, ale od razu całą rękę, zdjęcie „721 a1”

Gdy już złapał to nie popuszczał.

Po dobrym jedzeniu i zabawie najczęściej podwijał pod siebie przednie łapki, i udając kłębek wełny zasypiał zdjęcie „725 a1”

Był też autorem niezwykle zabawnych anegdot. Jak widać na zdjęciu „723 a1” w pozycji pionowej jeszcze daje się odróżnić, gdzie jest początek psa, a gdzie jego koniec. Jednak w pozycji poziomej te dwa końce można było łatwo pomylić. I wreszcie któregoś dnia „to” musiało się stać. Psiowego jak zwykle odwiedzili jego ulubieni sąsiedzi, którzy zawsze przynosili mu mięciutkie chrząstki (wiadomo miał tylko pół dolnej szczęki), i jak to bywa, poczęstowani winem, zaczęli dokarmiać Psiowego.

Sąsiad trafiał dobrze, bo do otworu gębowego, jednak sąsiadka nieświadomie „dobrała się” Psiowemu z drugiej strony, i nie zważając na groźne pomruki próbowała go zaczopować. Gdy wreszcie wkurzony Psiowy capnął ją za rękę, sąsiadka zorientowała się z czym miała do czynienia. Śmiechu było co niemiara, do czasu, gdy Psiowy obrażony na wszystkich wszedł pod stolik z telewizorem, i nie wychodził nawet po czekoladę i szynkę. Taki charakterny był.

Pomimo wypadku jaki przebył, i chorobach, które się do niego przyczepiły (padaczka, zaburzenia jelitowe, kilka wypadków) szczęśliwie przeżył całe 13 lat, przysparzając nam i sąsiadom wielu rozkosznych chwil. Był też bohaterem wielu anegdot, do których najsłynniejsza należała jego próba lotu ślizgowego z VIII piętra na krzak rosnący pod oknem. W kilku komentarzach powoływałem się na jego przygody, teraz więc przyszedł czas na przedstawienie.
.